|
jurodiwyj@wp.pl GG6691170 Inne gawra POECI DLA TYBETU - wspólny projekt z Patrykiem Dolińskim Literackie - dużo małych stron wielu autorów, w tym Jurodiwego E-BOOK JURODA - wiersze stare RED.-akcja newsy z towarowej 6/10 JURODIWIEC FORUM Forum dyskusyjne jurodiwego Nieszuflandia tutaj się gnieżdżę także macierz moja internetowa macierz, poczciwina K.I.T. czyli Stowarzyszenie Alter Ego Radek Kirschbaum tak mógłbym się nazywać. Pietrucha lubić ich - Ich lubić Pietrucha Jerry Klejnocki porzucił wiersze, porzucił krytykę, ale nadal czujny Szycownik czyli blog Pablo Lekszyckie herbu de Giwera Wangin - albo Lucka rzecz Lemur i Noemi - postac ukryta Dwa Doktory i Wiktor - old firends inaczej Jaras z Koronowa albo Uliczny Sprzedawca Owoców Kuba Certowicz i jego flatten-foto-ekipa Commodore64 - kto z was jeszcze pamięta o co chodzi z C64? Piotr Wiktor Sopocki intersubiektywnie komunikowalne obserwatorium kultury Steppenwolf Marek, dawniej Kleryk, obecnie Czarny Gościniec Niedoczytalnia Nowy żwawy serwis literacki - arriva! Biała Fabryka --- produkuje biel i czerń Orliński albo Mumu humu Helenka można pomóc jednej małej osobie. Wysocki co ma pióro i klocki Władysław Bartoszewski Blog - wierzyć się nie chce, ale Profesor Władysław Bartoszewski prowadzi bloga! Jerzysosnowski.pl pisarz Zrozum blog brata brata Oooops - jad - ach jak ja lubie ten Jad, też jurodiwy czyli rozumny człowiek Gil Gilling niezastapiony fotoreporter życia literackiego kraju Marcel Chyrzyński kompozer którego warto śledzić i podsłuchiwać NAJMNIEJSZA SEKTA ŚWIATA - z ich kasą i sławą mogliby nic nie robić. Powstanie Warszawskie z Płocka mnie ta płyta "Lao Che" rozwaliła zupełnie. Szacun i rispekt Panowie. Mariusz Sieniewicz piewca olsztyńskiego zatorza. BARD CZYLI INNY RODZAJ ZWIERZA MIrek Czyżykiewicz jest chyba ostatnim z tego rodu Bardów, ostatnim znanym i tak autentycznie dobrym Sól ziemi Parafia na końcu świata - Blog ks. Marka Maszkowskiego z Madagaskaru We will build this city on rock'n'roll:) Internetowe Społeczeństwo Miasta Brzeg WOLNY TYBET POZA TYBETEM oficjalna strona Rządu Tybetańskiego na wygnaniu TYBET serwis informacyjny Prawa Człowieka Helsinska Fundacja Praw Człowieka. Pozytywn Mafia i Centrum Rewolucji. Brzeg jestem z tego miasta |
jurodiwy-pietruchLIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 4. Żeby nie było, że tylko jękot, smutek i zgrzyatnie kaloryfera na zapleczu, postanowiłem na koniec napisać o kilku jaśniejszych sprawach. Bo jaki rok był taki był - ale - książki sie ukazują, spotkania się odbywają, jakaś garstka ludzi coś czyta, bywa że sobie pogada o tym czy owym. Słowem jest dobrze, ale jeszcze nie beznadziejnie. I tak jak następuje - idzie nawijka bardziej poztywna.
I z książek przepadłych warto chyba zwrócić uwagę na „Dobę Hotelową” Bartłomieja Majzla. Podmiot - poeta i podróżnik, autor tomu wierszy „Doba hotelowa” to tropiciel nietrwałości świata w tym najbardziej nietrwałości siebie samego i stwarzanego przez siebie świata. Zarazem w wierszu Majzla wydaje się być wszystko a podmiot urasta do rozmiarów herosa. Słońce odmieniane według wszystkich przypadków i przypadłości wydaje się być mu powolne niczym pies. Wszystko jest w wierszu, nawet ekstaza, ale zarazem wszystko to jest naznaczone i sprzedane w zastaw. Nic nie jest samo z siebie a zastaw trzeba w końcu kiedyś wykupić. Miejscami wiersze Majzla wydają się być stoickimi ćwiczeniami jak z dawnych wieków, buddyjskimi próbami oswajania pustki. Doba hotelowa nie będzie trwać wiecznie – mówi tajemnicza portierka tytułowego hotelu. Świat jako hotel, człowiek jako gość hotelowy to chyba gorzej niż człowiek jako przechodzień w świecie. Hotel to przypadkowe zbiorowisko. Ci ludzie, te zdarzenia, te wiercące się głosy nie są połączone, nie stanowią całości. Przechodzień przecież dokądś zmierza a gość hotelu nie, gość hotelu bywa, znika. Język tych wierszy jest niespójny, rytm rwany, składnia niepełna, wersyfikacja nerwowa - trochę jak nasłuchiwanie wiercących się głosów zza ścian. Sporo z tych tekstów to zasłyszenia, krzyki piski, rozmowy zawiedzionych kochanków słuchane przypadkiem przez sufit. Dopiero i w finałowym wierszu objawia się coś z tego, czym jest wiersz Majzla, odsłania się podmiot, profetyzujący ktoś, jakiś zdziczały wierszopis dopisujący swoją wersję poetyckiego posłannictwa. „Posłaniec” a tak zatytułowany jest ostatni wiersz tego poematu na głosy, to inaczej przecież Angelus. Tylko czy majzel stworzony przez Majzla to jeszcze anioł, a jeżeli tak, to czyim jest w istocie posłańcem i jakie niesie wieści sobie i Tobie? Ano właśnie, co wieści? Tego dowiemy się kiedy indziej. Tymczasem zwróćmy uwagę a dobre debiuty poetyckie 2009 roku to Agnieszka Mirahina ze zbiorem "Radiowidmo" i Magdalena Nowicka ze tomem „Przewieszka”. Poza tym to o czym wspominałem w innych miejscach – bardzo dobry tomik „Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego, „Samochody i krew” Bartosza Konstrata, "Cyklist” Przemysława Owczarka i w ostatniej chwili, rzutem na taśmę wydana w 2009 Justyna Bargielska „Dwa fiaty”, Aleksandra Zbierska, która zaraz po debiucie „Wibrujące ucho” wydała drugi tomik „panoptikon”, wreszcie frapujący debiut ś.p. Marciusza Moronia „pali zalewa burzy”. Ze skromnych powrotów na renę poetycką trzeba odnotować Grzegorza Giedrysa z tomkiem „Debiut” i Mateusza Wabika z nierównym, ale frapującym zbiorem „Spisek” Z zadań domowych z prozy niewiele odrobiłem, wyznaje szczerze ze smutkiem, ale wskazałem wcześniej i to powtórzę, że dwie książki zwróciły na siebie moja baczną uwagę – „Piaskowa Góra” Joanny Bator i „Sajgon” Karola Maliszewskiego. Zupełnie natomiast umknęły mi rzeczy chyba ważne i istotne w tym roku mianowicie „Pensjonat Pazińskiego któren za te powiesić dostał Ausweiss. Przeleciała mi przez ręce Joanna Siedlecka pod kryptonimem „Liryka”, tyle ż wiarygodna co zabawna ze swoją stuprocentową wiarą w ubeckie kwity. Brak wstrząsu i realnej dyskusji nad tą książką, poza uprzejmościowymi kilkoma zdaniami u profesora Beresia w TVP chyba był właściwym wskazaniem autorce i jej dziełku miejsca na ziemi i w mieście. A o kolejnych promykach niebawem. Szybko bo styczeń się kończy i nowe zdarzenia wokół. 2010-01-26 01:53:52 skomentuj (5) LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 3. Pogrzybki z międzypola.
Zatem Rok 2009 to kolejny rok bez żadnej debaty literackiej, poetyckiej, krytycznej. Mówię tutaj o realnie nośnej wymianie zdań, która by zajęła środowisko, podzieliła je według postaw i pomysłów na literaturę, wzbudziła wściekłość lub złość. Przy końcu roku trafiła się nam jakaś namiastka przy okazji kolejnej książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Sama wymiana poglądów przypominała raczej teatrzyk stereotypów i odległa jest od tego czego by można oczekiwać. Nie trzasło, jak sobie mniemałem rok temu na linii między pismem apokaliptycznym „44” i innymi przypisanymi do nurtu mesjanistów czy neomesjanistów a linią środowiska „Krytyki Politycznej”. Obie inicjatywy były w tym roku dość niemrawe, to znaczy niby były a jakoby ich nie było a szkoda. Na tym styku mogłoby wiele wyrosnąć dzikiego ziela. Skoro jednak o tym mowa trzeba zwrócić uwagę na ważny gest – mianowicie pierwszą książkę Igora Stokfiszewskiego „Zwrot Polityczny”. Zapewne jest ona trochę obliczona na przekonywanie przekonanych, ale to rzecz ważna od strony meta. Po pierwsze zamiast krytyczno-literackiej drobnicy (jaką ja sam preferuję) próbuje stworzyć w miarę spójną (inna sprawa czy akceptowalną) wizję krytyczną. Poza tym to jakby nie było najważniejszy debiut, ważniejszy niż jakikolwiek debiut poetycki w 2009. To ten łysy gość rozdawał od lat kuksańce, samemu nie podając się całościowej ocenie, to ten niezrealizowany poeta, autor bodaj jednego wiersza pod tytułem „Miłość” próbował dzielić i rządzić a teraz sam się wystawia na strzał. I ten strzał padnie. Niebawem. Nawet wiadomo skąd. Stąd. Jak na rok rocznicowy słabo wypadły ewentualne sponsorowane przez państwo albo po prostu liczące na sukces komercyjny produkcje literackie. Wiadomo że Maciej Parowski ukończył w grudniu „Burzę” powieść opowiadającą alternatywny wrzesień 1939. Znane fragmenty oraz wcześniejsze mutacje pomysłu (komiks, scenariusz do filmu) każą myśleć o tym tekście jak o czymś co mogłoby się okazać ciekawym, ważnym głosem w sprawie. No ale wiadomo już, że nie ukaże się w 2009. Strategicznie byłoby to ważne dla tej książki, podobnie jak dla szykowanego od wielu lat „Nod” Radosława Kobierskiego znanego z fragmentów krążących w czasopismach literackich. Jacek Dukaj wydał „Wrońca”, chociaż to nawiązanie mocno nie wprost – bo przecież żadnej okrągłej rocznicy 1981 nie było, raczej chodziło o nawiązanie a’rebours do 20 rocznicy 4 czerwca 1989. Aż dziwnie, że tylko tyle. Można by było zaliczyć w ten poczet powieści Ciszewskiego gdyby nie fakt, że miały one swoje edycje wielu lat wcześniej a z okazji okrągłej rocznicy 1939 – zostały tylko wznowione. Zdaje się, że temacie zmieścili się nieźle historycy i wydawnictwo „Bellona” (ale nie tylko ono) zalewając rynek monografiami, opracowaniami o zróżnicowanej zresztą jakości i sensowności. Bo po co nam kolejna monografia obrony Warszawy w 1939 czy kolejna zdawkowo-obrazkowa monografia wojny obronnej 1939 roku pod takim czy innym tytułem – nie wiem. Chyba tylko po to, żeby każdy wydawca miał na czym zarobić. Ale żadnych nowości sensu stricte nie było. Dobra i ciekawa książka Moczulskiego to przecież reedycja z drugiego obiegu sprzed lat, Zawilski „Bitwy polskiego września” to reedycja z pierwszego obiegu zresztą z popsutymi graficznie mapami. Te ze starego dwutomowego wydania były kolorowe i o wiele bardziej przejrzyste. Rok 2009 to również rok słabych produkcji z pogranicza muzyki i poezji. „Herbert”, „Poeci”, „Gajcy”. Pisałem o dwóch pierwszych na tym blogu, więc nie będę powtarzał zarzutów, projekt „Poeci” w którym wziął udział także L.U.C., ale także Peja i O.S.T.R. to jednak rzecz chyba już nie na Jarodzkie ucho, które topi się w monotonii przekazu muzycznego. Być może ta monotonia brzmi wyłącznie w moim uchu, ale pomysły fajne na raz są mordercze gdy robi się je więcej razy niż raz. Fajnie że da się wyrapować Lechonia i może dzięki temu jedna na sto osób lubiąca Peję czy Lilu – sięgnie po oryginał. Na projekcie mści się chyba tez dość chaotyczny dobór tekstów od Ignacego Krasickiego po Tuwima. Nie za bardzo czytam te logikę. A generalnie działanie na pograniczu muzyki, sztuk audiowizualnych to chyba jedna z ciekawszych możliwości trafiania poezji do szerszej widowni, czytelni. Na tym tle nieźle wypada formacja Łukasza Jarosza „Lesers Band” która wykonała w 2009 ogromną pracę, wydała kolejną płytę i zagrała trasę. Jarosz to w ogóle muzyczno-poetycki unikat – lider, autor tekstów i perkusista, takie połączenie rzadko się zdarza. O i teksty ma niezłe.
Istnieją domysły, że w roku 2009 na krawędzi upadku, z różnych przyczyn, głownie docinania dopływu funduszy publicznych, zmęczenia materiału znalazło się kilka projektów czasopiśmienniczych – w tym ponoć „Portret” i – jak wynika pośrednio z komentarza – „artpapier”. Na tym tle dobrze się dzieje, że powstaje czasem coś nowego, dobrego. Ale o tym już w następnym odcinku. 2010-01-18 01:06:21 skomentuj (15) LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 2
2010-01-10 22:04:19 skomentuj (2) LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 1 Dowiedziałem się wreszcie, oczywiście z prasy że tak dobrego roku w kulturze nie było już od dawna. A potem, pod tym dumnym tytułem, przeczytałem dziennikarskie doniesienia o tym, że kultura rośnie w siłę a ludziom kultury żyje się dostatniej. Dowiedziałem się też o jakiej kulturze tu mowa, w każdym razie literatura w jej zakres nie weszła. Z tego powodu pozwalam sobie subiektywnie, niesprawiedliwie, wybiórczo, uzurpatorsko ocenić roku 2009 pod względem zniknięć, zjawień i wybawień literackich uzupełniając tym samym znaczący brak informacyjny, jaki zaistniał u progu nowego roku 2010. A zatem po kolei:
Łabędzi śpiew spoza centrali. Może jako występującemu na Festiwalu Miłosza powinno mi zależeć na jego przepychu ale za dobrze wiem, że przepych tutaj oznacza zwałę w kilkunastu innych miejscach. Poza tym właśnie festiwal w Krakowie przyciąga medialnością, więc można przyciąć zapewne nieco kasy na honorariach, liście gości, trzygwiazdkowych hotelach i dać kasę tam, gdzie medialność autorów nie przyciągnie – właśnie na projekty z powiedzmy Mysłowic, Wągrowca czy jeszcze – niech będzie – Brzegu, Oleśnicy, Nowej Rudy. Oczywiście, każdy powie – zawsze można napisać projekt do ministerstwa, jasne, można. Można na szkoleniu usłyszeć od urzędnika ministerialnego, że sam nie wie co należałoby wpisać w tę lub inną część wniosku – chociaż to niewiedza o tym, co będzie uznane za błąd formalny, czyli wykluczający z jakiejkolwiek rozmowy merytorycznej (dla kogo to, za ile i czy można lepiej). Po wielu godzinach pracy nad projektem za brak podpisu lub parafki można dostać odpowiedź, że z powodu braku formalnego – wniosek odpada. Nasz wniosek upadł, bo nastąpił błąd rachunkowy w jednej części na 300 złotych (literówka) przy watości całości projektu na poziomie 106 tysięcy i imprezie na terenie 11 miast przez trzy tygodnie. A wiadomo, fundusze na kulturę to nie fundusze unijne gdzie stając do konkursu można mieć szansę na 1 formalną poprawkę. Tutaj poprawek formalnych nie ma i nie będzie. Trochę szkoda. Pewnie jak co roku na błędach formalnych uwalonych zostanie około 87% do 97% projektów z tzw. terenu. Wiadomo też, że Kraków, Warszawa, jedna sprawa, likwidację festiwalu 4 Pory Książki przeżyją bez większego bólu. Ale nie wiem czy Wąbrzeźnie, Lidzbarku albo Chełmie odbędzie się w związku z tym chociażby jedno spotkanie z kimkolwiek. To pewnie już Ministra Kultury (a jemu podlega Instytut Książki) nie zaboli, bo tam jest mało ludzi, a ci którzy są się nie zbuntują. Czytelnicy nie blokują bibliotek ani księgarń. To, że kultura zmierza w stronę medialnego spektaklu to żadna nowość, cos na granicy truizmu. Szkoda jednak, że instytucje które ten proces mogłyby równoważyć zdają się zmierzać w tę samą stronę. Bo przecież pomysł likwidacji bibliotek – no oczywiście nie formułowany wprost, bo tego w tym kraju się nie robi – to działanie z tej samej kategorii. Łabędzi śpiew prowincji która pomału pod każdym względem jest sprowadzana do parteru. Ograniczenie dostępu do kultury oczywiście wytworzy dobrze znaną mechanikę błędnego koła – brak dostępu do biblioteki spowoduje dalszy spadek czytelnictwa a spadek czytelnictwa będzie uzasadniał dalsze cięcia i tak aż do zera. To tak samo jak z likwidowaniem i żonglowaniem kolejnymi reformami na kolei państwoewej, jak postępująca degradacja infrastruktury komunikacyjnej etc. To oczywiście kreuje zagłębia wyuczonej bezradności, pogardzanego wykluczenia, które później z łaski pańskiej się zalepia kolejnymi zasiłkami. To wszystko tworzy ogłupiałe społeczeństwo, które nie czyta, nie rozumie, przenosi na swoje lokalne tereny styl i słownictwo podpatrywane w telewizji w kolejnych komisjach ds. pijanych halabardników z drugiego planu w prowincjonalnym teatrze. Bo nie ma przeciwwagi dla tej plugawości. I społeczeństwo nam plugawieje a my wszyscy radośnie w nim i tylko rozliczni kacykowie plemienni mogą się cieszyć, że rosną tłumy głupich wyborców podatnych na byle manipulację, byle drobnym populizm. Miało być o literaturze? A nie było? Doprawdy? CDN 2010-01-05 14:54:39 skomentuj (9) SZYBKA AKCJA ![]()
[www.klubgaja.pl]
Poszukujemy tekstów poetyckich polskich autorów dotykających kwestii Tybetu, wolności sumienia, wolności słowa, prawa narodów do samostanowienia, prawa do oddychania i prawa słowa do znaczenia. Wybrane teksty zostałyby zamieszczone w serwisie a następnie do końca stycznia wyedytowane w formie ebooka. Do kwietnia 2010 chcielibyśmy wydać oparty na tych tekstach arkusz-plakat poetycki dystrybuowany w ramach XIII Konfrontacji Literackich „Syfon czyli Rebelia” w Brzegu ale nie tylko. W późniejszym terminie chcielibyśmy wydać także zbiór tekstów w formie książkowej. Ewentualny dochód z publikacji będzie w całości przekazany na akcję „Niewidzialne Kajdany”prowadzoną przez polski oddział Stowarzyszenia Studenci dla Wolnego Tybetu oraz Helsińską Fundację Praw Człowieka. Na teksty czekamy do 10 stycznia 2010 roku. Teksty prosimy nadsyłać na adres: Patryk Doliński Radosław Wiśniewski 2009-12-28 14:53:28 skomentuj (0) NO O CO CHODZI, O CO?
Autor zaś pozostając mocno przy swoich katolickich przekonaniach, pozostaje otwarty na innego, nie omijając świętoszkowato trudnych tematów. I nawet tam gdzie trudno się z nim zgodzić – chętnie się go czyta, bo zwyczajnie jest ciekawe jak tym razem wybrnął. To także książka, która dla wielu statystycznych katolików może być próbą powrotu do źródła a dla tych którzy tej wiary nie podzielają – próba zrozumienia o co chodzi wielu ludziom wokół. Chociaż obserwując świąteczny festiwal umęczenia, zabiegania i kupowania – można mieć wątpliwości czy rzeczywiście chodzi im o to samo. Pewnie nie, ale co tam. 2009-12-24 01:04:04 skomentuj (5) NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN. W dniu w którym zostałem ćwierć-nominowany do „Paszportu Polityki” w zasadzie nic się nie zmieniło. Pewien Pan z pewnej firmy dystrybucyjnej, na moje uprzejme zapytanie czy w końcu zechce zakończyć negocjacje w sprawie znowelizowanych form sprzedaży „Red.”-a, odpisał mi, że sam sobie jestem winien bo gdy dwa tygodnie temu po dwóch tygodniach milczenia ze strony firmy w przerwanej w pół zdania rozmowie napisała do mnie pewna pani, że chciałaby dostać dane do nowej umowy – odpisałem jej że negocjacje są w toku i nic mi nie wiadomo o tym jakoby były sfinalizowane. Zresztą psu na buty ten cały wysiłek, bo umowy z dystrybutorami są tasiemcowe, zawierają kolejnych kilkanaście stron załączników i konia z rzędem kto zrozumie dodatkowo wewnętrzny slang dystrybutora a co dystrybutor to jego slang a ty się ucz, bo nauka to potęgi klucz. Dzień później Tomasz Piątek wysłał list w obronie bibliotek wiejskich, które chciałby likwidować minister kultury Rzeczypospolitej Polskiej, bo jak mówi, trzeba coś zrobić z bibliotekami niedochodowymi. Po raz pierwszy chyba, ale kto wie czy nie ostatni podpisałem protest song zawieszony na stronie "Krytyki Politycznej" i poczułem się zepchnięty na tę samą barykadę co Igor Stokfiszewski. Nie z powodu w widzeniu literatury, ale w poczuciu, że za chwilę już nic nie będzie widać. Ja proponuję zacząć od najbardziej niedochodowego molocha – Biblioteki Narodowej a potem polecieć po całości – Zakład Narodowy Ossolińskich, biblioteki uniwersyteckie, wojewódzkie, wojewódzkie pedagogiczne a z oszczędności i wyprzedaży wszystkich książek proponuje ufundować wielki pomnik Hansa Franka. Bo w końcu w ten sposób spełni się jego Third-Reich-Dream o polakach jako prawdziwych pastuchach z krwi i kości. Dwa dni po ćwierć-nominacji zmienił się rozkład jazdy w całym PKP i gruchnęła wieść, że będą likwidowane stacyjki wzdłuż całej, świeżo wyremontowanej za pieniądze budżetu i UE linii Opole – Wrocław. Ajentów jakoś nie ma chętnych na stacje co specjalnie nie dziwi. Częste zmiany, wojny o bilety, mętliki spółkowy sprawia że coraz mniej ludzi chce jeździć koleją a czasem i coraz mniej może. To i komu by się chciało opierać swój byt materialny o kolejne spółek PKP wojenki. A spółek tych jest ze czterdzieści, sam nie wiem ilu kolesi się w nich mieści. No bo przecież nie ma logicznego powodu ciągłego pączkowania spółek PKP poza jednym – wiele spółek skarbu państwa, wiele zarządów, wiele rad nadzorczych, wiele synekur. Wożenie pasażerów jak po raz kolejny się to pokazuje w całej krasie – nie należy do głównych zmartwień wszystkich spółek PKP, bo przecież nie o to tutaj chodzi. Nikt już nawet nie udaje, że pasażer jest celem istnienia kolei. Jest im przeszkodą. Dwa dni po ćwierć-nominacji skradziono słynną tablicę z obozu w Auschwitz i to jest świetne świadectwo stanu społeczności w jakiej żyjemy. To nie neonaziści, nie, to złomiarze, dam sobie główkę przyciąć. A następnego dnia przyszła zima i okazało się, że pękają szyny, wywracają się samochody zaskakując w zasadzie wszystkich. Jednej nocy zamarzło 15 bezdomnych lub nadużywających alkoholu. Wszyscy znowu poczuli się zaskoczeni. Jakże to, mróz w grudniu? No właśnie, bądź tu mądry i pisz wiersze. Może właśnie dlatego to ostatnie jakoś się nie składa. Real wychodzi jak szydło z wora. 2009-12-21 01:37:12 skomentuj (2) NEONOE NA POGRANICZU
2009-12-11 01:53:36 skomentuj (32) WYWIAD KTÓRY NIE MIAŁ PRAWA SIĘ WYDARZYĆ Już niebawem, na żadnych łamach - wywiad a z niego fragment tutaj: Adam Epler: No dobrze, ale jest Pan urodzony w roku 1974, w życiu pewnie Pan nie strzelał do nikogo ani do Pana nie strzelano. Taka poezja, tworzona przez człowieka urodzonego 30 lat po wojnie naraża się na szereg zarzutów. Z jednej strony będą zarzuty nazwijmy je – uzurpacyjne, że autor, który czegoś nie przeżył nie ma prawa o tym pisać, z drugiej strony zarzuty o instrumentalizm, że coś co było prawdziwą krwią, walką sprowadza się w wierszu do zgrabnej figury stylistycznej… Radosław Wiśniewski: Bez ryzyka nie ma wyników, w angielskim jest taka fajna fraza : „No pain – no gain”. Staram się przede wszystkim ustawiać w wierszu swój głos wobec zdarzenia, wobec bohaterów sprzed lat a nie się pod nich podszywać, wiedzieć za nich. Wiersz poprzez możliwość zawieszania dosłowności wydaje mi się dobrym sposobem dawania głosu tamtym sprawom i ludziom. Na czynienie ich obecnymi dzisiaj. Tamte czasy i ludzie nie są przecież odcięte jakimś dziejowym sekatorem od naszego czasu. Istnieje cała siec powiązań, nici, może poplątanych, ale trwałych, które każdego łączą z przeszłością. Nie rozumiem za bardzo jak ignorując, odrzucając tę świadomość można sobie rościć pretensje do wypowiadania jakiegokolwiek, roszczącego sobie pretensję do bycia istotnym – zdania na temat świata i ludzi. Fakt nie przeżyłem wojny, ale ona była obecna w domu poprzez opowieści starszych a przy tym jest w zasadzie obecna, bo mieszkam w domu na osiedlu lotników Luftwaffe, syn właściciela domu jesienią 1939 został powołany do Krigsmarine, być może nawet strzelał do ś.p. stryja Stacha, który z Syberii razem z Andersem przeszedł na Bliski Wschód a tam postanowił zaciągnąć się do marynarki wojennej. Ja w tym domu tez jestem z jakiejś okazji i z jakiejś okazji psychicznie obejmuję w posiadanie jako „moje miasto” Brzeg, dawniej Brieg, dawniej Brega, dawniej „Vysokije Brega” a jeszcze dawniej „Alta Ripa”. Wprawdzie nie przezyłem zmiennych kolei dziejów tego miasta, tej społeczności, która dała mi język i tożsamość, bo przecież to niemożliwe, człowiek żyje tylko około 80 lat – ale naturalnie staję wobec tego doświadczenia. I o tym mam prawo chyba napisać. To nie są reporterskie zabawki, to powieści o próbach przeniknięcia sytuacji granicznych a nie przeżycia ich za kogoś innego. Sama opowieść o sytuacji granicznej w jakimś sensie jest jej – zapośredniczonym to fakt – ale przeżyciem. A co do zarzutu instrumentalizacji – tak można powiedzieć o dowolnym prototypie tekstu> Czy ktoś kto pisze erotyk nie naraża się na zarzut instrumentalizacji aktu miłosnego, drugiej osoby? No można by postawić taki zarzut a jednak nie słyszałem, żeby ktoś zarzucał komukolwiek kto pisze wierszyki o miłości, że instrmentalizuje ukochaną osobę. Nie ma na to uniwersalnego wzoru, ale na wiele rzeczy nie ma matematycznego wzoru – a jednak się próbuje tworzyć. Adam Epler: No ale jednak wspólny tom wierszy z Dariuszem Pado „Raj/Jar” gdzie rozegraliście sobie holocaust jako koncept na wspólny tomik, czy jak to sami mówicie poetycki maxi-singiel był chyba blisko historycznej pornografii?Radosław Wiśniewski: A Pan czytał ten tomik dokładnie? Nie zafiksował się Pan czasem na spisie treści? Bo po mojej stronie tego holocaustu chyba nie ma aż tak wiele. To bardziej zbiór wierszy próbujących powiedzieć „nie” tradycji okrucieństwa wobec obcego. Przynajmniej ja miałem takie myśli kiedy komponowaliśmy obie części. „Albedo III” jeżeli na czymś się opiera to nie na holocauście, ale częstych powidokach dokumentalnych z września 1939, podobnie „Alibi albo stawiacz min” (historia obrony wybrzeża w 1939), Hartheim to z kolei historia eliminacji niepełnosprawnych umysłowo w Trzeciej Rzeszy, „Rubedo” to oblężenie Wrocławia w 1945, w wierszu „Weronika postanawia nie pozwolić nikomu umrzeć” poza parafrazą z mistrza banału Paolo Coehlo jest tylko tło w postaci tajemniczych miejsc Gór Sowich, potem Chorwacja, teatr na Dubrowce, mysz za ścianą ocalona wbrew iluś wojnom toczącym się wówczas na całym świecie. Tylko „Selekcja” i dwa zamykające wiersze w jakiś sposób wiążą się z samym, Holocaustem. Ja wiem, że to się narzuca samo jako łatwy liczman, łatwy kluczyk interpretacyjny ale tradycja okrucieństwa niestety się wylewa poza tamte czasy, cierpienie jest ciągle obecne w świecie, walka ciągle trwa, tyle że na innych polach w innych rejonach. Jak śpiewał Kaczmarski „Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy i giną ciągle młode wilki na całym wielkim świecie”. Tak pięknie mówimy sobie tutaj w Europie o wybaczeniach, przeprosinach a tak cudnie milczymy w innych sprawach – Birmy, Tybetu, Darfuru. Adam Epler: I tutaj trzeci zarzut – że to wszystko razem wychodzi Panu jak tani moralitet a przecież poezja nie ocala i nie lubi patosu.Radosław Wiśniewski: Przyjmuję to z pokorą, jeżeli ktoś mi wykaże a pewnie to jest możliwe – że w tym czy innym wierszu nie udało się osiągnąć dobrego efektu literackiego. Ale nie przyjmuję takie zarzutu generalnie. Nie ma jednego, powszechnie obowiązującego wzorca poezji jako jedynie słusznego. Są oczywiście pewne mody i owcze spędy ale z tego nie wynika jeszcze wyższość jednego typu poezji nad drugim. Tak jak nie da się udowodnić wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, chociaż oczywiście Stanisławski mógł sobie na tej kanwie robić kabaret. Wydaje mi się jednak, że każdy krytyk, poeta próbujący poważnie takiej hierarchii dowodzić będzie też robił kabaret tylko ze złudzeniem, że zajmuje się czymś poważnym – a to już może być smutne. Patos to przecież pewna kategoria estetyczna, ani dobra ani zła, jest do ogrania, rozegrania. Rozumiem, że komuś może się nie podobać jak ją ogrywam, ale powtarzam – nie przyjmuję argumentu że samo jej użycie jest złe w sobie. I tak samo z zarzutem dotyczącym moralizowania. Wydaje mi się, że poezja ma prawo mieć jakiś związek z etyką. Mam poczucie że etyka z estetyką mają się ku sobie. Nie są to relacje proste, ludzkość o tym napisała wiele tomów, więc nie ośmielę się tego tematu teraz rozwinąć, ale poprzestańmy na tym, że te związki moim zdaniem istnieją, nie są błahe. Adam Epler: To jednak poezja ocala? Przecież jeden z pierwszych pana wierszy, nieprzypadkeim pomieszczony i tomie „Raj/Jar” i w debiutanckim „Nikt z przydomkiem” nosi tytuł właśnie „Ocalona”Radosław Wiśniewski: Nie wiem czy ocala, ja nie wiem co to znaczy, że poezja ocala albo nie ocala. Bo to jest zagadnienie z kategorii „czym się różni wróbelek” jak wiadomo wróbelek się różni tym, że ma jedną nóżkę bardziej. Ten problem wydaje mi się sztucznie postawionym problemem na dokładkę, który wyrodził się w mem, autonomiczną strukturę, żyjącą własnym życiem, zdanie-zaklęcie powtarzane w bliżej niejasnych celach. Słowo ocalenie jest wielkie, abstrakcyjne. Budzi moją niepewność i nieufność a ja wierzę konkretom, nie wierzę w ludzkość ale w ludzi i ludziom. Wierszyk o którym Pan wspomina to ocalenie pamięci o myszy, jednej małej myszy, której postanowiłem nie zabijać łapką, ale dokarmiać i wytresować, żeby żarła w jednym miejscu zamiast szaleć po szafkach. Nota bene eksperyment się udał. Mysz żarła resztki ze spodeczka przy śmietniku a ja miałem spokój w szafkach. Wracając do ocalania przez poezję - wierzę, że ludzie potrafią utrzymywać się w przytomności, pobudzonej świadomości, stanie czuwania, podwyższonej gotowości na świat. Wiersz ma w tym pomóc, powinien w tym pomóc. A czy z tej czujności urodzi się cokolwiek wielkiego, ocalenie – tego nie wiem. Gdyby się udało to chociaż w jednym przypadku – byłby to sukces. 2009-12-01 12:45:53 skomentuj (0) ANTYRAPORT Z OBELŻYWEGO MIASTA Są pisarze, którzy całe życie zdają się pisać jedną i tę samą książkę. W ramach kolejnych przybliżeń – wydają się osiągać optimum brzmienia swojego literackiego głosu. Takim pisarzem – przynajmniej gdy chodzi o prozę – wydaje się być Karol Maliszewski a kolejnym jego przybliżeniem do właściwego tonu wydaje się zbiór prozy „Sajgon” który właśnie ukazał się nakładem Biura Literackiego z Wrocławia. Głównym bohaterem Maliszewskiego, podobnie jak w jego poprzednich próbach prozy jest nie człowiek ale miasteczko i opowieść o nim, jego dziwactwach, wariactwach, ob jawieniach i zadławieniach. Narracja i jej język wydaje się wymykać narratorowi i żyć własnym życiem, przywdziewając rozliczne formy – od dziennikowych wstrzemięźliwych, reporterskich zapisków (ach niemal neoklasycznych!) po niepowstrzymane słowotoki, jakby prosto z baru mlecznego, piwiarni, ulicy, zasłyszane, zapisane. Tytułowy Sajgon to gorsza cześć miasteczka, pełna pijaków, elementów podejrzanych, socjalnych baraków, zasmarkanych dzieci z wszami we włosach, rejon gdzie nawet słońce rzadko zagląda. Sajgon mógłby nazywać się cieniem, szarą strefą, miastem podziemnym, odrzuconym, podzamczem. Zarazem opowieść o nim wydaje się być podobnie odrzuconym cieniem współczesnej prozy, dykcją odepchniętą. Nie tylko dlatego, że to dziwna narracja w której trudno wysnuć jednoznaczną intrygę, powiedzieć o kim o czym to książka, ale też dlatego, że język podmienia mówiące postaci i raz po raz wymywa już składający się do kupy świat, sens, sensik. Takiego świata nie ma, pozszywaj sobie sam czytelniku – zdaje się mówić starą prawdę narrator, zarazem nie ułatwiając zadania odbiorcy. Bo „Sajgon” to także dzikość języka, i dotkliwość świata; zdumienie, które każe przystanąć, zanotować, pomimo tego że Sajgon naokoło huczy. Może nawet się zachwycić. I niech nikt nie da się nabrać na noworudzkość tej opowieści, ta Nowa Ruda o której pisze Karol Maliszewski pewnie gdzieś istnieje pomiędzy nim a światem, na szerokim międzypolu światów, czasów i zdarzeń. Jest i nie ma jej zarazem. I nie jest to żadna mała Ojczyzna dla żadnego z narratorów, raczej wielka bezdomność, która inaczej niż w eposie heroicznym - nie wypycha nikogo na zewnątrz w poszukiwaniu złotego runa czy czegoś w tym rodzaju. Raczej zachłannie zasysa, ściąga ku sobie jak czarna dziura. A co jest tam na dnie - zapyta czytelnik. Osobliwość i jeszcze raz osobliwość, zdrzenie słowa z tym co niewsyłowione. Zatem może nie proza a poezja? Tak, to całkiem możliwe, bo Maliszewski jest przede wszystkim poetą. A ta proza, te recenzje, cóż mogą , cóż mogą proszę księdza.
2009-11-22 00:22:17 skomentuj (2) TRZY RAZY S - NIEBAWEM NA STRONACH BIURA LITERACKIEGO Niebawem na stronach Biura Lietrackiego rusza dyskusja pod szczytnie brzmiącym hasłem "Byc poetą dzisiaj" o tym co poezja ma robić, żeby trafiać, żeby byc czytaną i czy w rzeczy samej Nike dla Eugeniusza Tkaczyszyna Dyckiego cokolwiek w tej sprawie zmienia. W istocie nic, ale z samego zastanowienia się to i owo wyniknąc może, czego fragment poniżej: W pierwszych słowach mojego listu pragnę zaznaczyć, że nie bardzo wierzę w literaturę żyjącą z samego prestiżu bycia nagradzaną. Dlatego nagroda NIKE dla Eugeniusza Tkaczyszyna - Dyckiego w moim odczuciu niewiele zmienia w sytuacjipoezji, chociaż pewnie wiele zmienia w recepcji poezji samego Dyckiego i wiele zmienia w życiu samego autora. Zarazem wydaje mi się i nieśmiało to głoszę, że literatura musi być czytana, publikowana, dyskutowana. Tymczasem fakt przyznania znaczącej nagrody oryginalnemu twórcy bardzo często wytrąca go z normalnego obiegu, ustawia poza dyskusją, przesuwa recepcję jego twórczości w stronę słowa objawionego. To niewątpliwie jedne z licznych a nie wyrżniętych resztek etosu poezji o proweniencji romantycznej. Dla autora to może zbawienne, że literaturę może z szafy na różne hobby - gdzie być może literatura sąsiaduje z takimi aktywnościami jak „wędkarstwo”, „sklejanie modeli samolotów z drugiej wojny światowej” przenieść do szufladki – „zajęcia poważne”. Bo praca w języku jest zajęciem poważnym - z całym szacunkiem dla wędkarzy oraz modelarzy.Niezupełnie też się zgadzam z zawartą w zagajeniu dyskusji insynuacją, że instytucje zajmujące się promowaniem literatury stawiają głównie na prozę. Po pierwsze ileż to tych instytucji jest w Polsce. Po drugie – nawet zakładając, że każdy powiat i gmina jest powołana (no bo teoretycznie jest) do krzewienia i dbania o stan kultury (w tym literatury) na swoim terenie - ne za bardzo wiem na jakim argumencie, obserwacji, na jakich danych taki sąd miałby się opierać. Toż jak Polska długa i szeroka konkursy ogłasza się najczęściej dla poetów i poetek. Dla prozaików i prozaiczek konkursy organizuje się rzadko i niechętnie. Być może dlatego, że publiczne wysłuchanie nagrodzonego wiersza to zaledwie kilka chwil mąk wyższego rzędu, podczas gdy opowiadanie potrafi się ciągnąć i czasu nie wystarczy na poczęstunek. Gdy mówimy o konkursach - mowa jest jednak najczęściej o promocjo dla amatorów. A co mają zrobić twórcy po pierwszej niszowej publikacji? Organizowanie konkursów słuszne jest i zbawienne, ale nie zastępuje czytelnictwa – a to zasię leży jak Polska długa i szeroka. Z drugiej strony w tym poszarpanym świecie poucinanych momentalnych obrazków i fragmentaryzacji opowieści – proza sprzedaje się nieźle, zatem nie zawsze i nie wszędzie potrzebuje wsparcia publicznego. Być może dlatego, że ludzkość potrzebuje podświadomie jakichś opowieści, które coś skleją w całość. To temat na osobną dyskusję. Oczywiście jak w przypadku każdej dziedziny art&entertainment są takie zjawiska które świetnie sobie radzą same i takie które bez hojnego mecenatu – publicznego lub prywatnego - nie dadzą sobie rady a mimo to uznaje się że tez powinny istnieć. Tyle, że kwestia rozeznania co jest czym - to problem w ogóle kultury w tym kraju a nie szczególny przypadek poezji. Niezależnie od tych wstępnych uwag - pozostaje pytanie-dzwon o to jakich dróg i ścieżek ku odbiorcy ma szukać poezja, jako sztuka relatywnie trudna w odbiorze. Wydaje mi się, że takich sposobów jest kilka, aczkolwiek nie są one wcale nowe. Na użytek niniejszej wymiany zdań spróbowałem je sformułować w miarę pozytywnie pod postacią trzech „S”. Po pierwsze „S” jak Strzecha. Ne ma lepszej drogi ucierania się poezji z jej odbiorcą jak bezpośrednie spotkania, konfrontacje, rozmowy o niej, z nią i poprzez nią. To tam w odległych opłotkach, na salach bibliotek miejskich i wiejskich – rzekomo niezrozumiała, odległa od życia, hermetyczna poezja przeczytana na głos, ogrzana wartością dodaną – osobą autora, wzbogacona o glossę, ton głosu – może szukać zrozumienia. Gdy odbiorca nader często nie ma jak trafić na poezję, z którą mógłby się (być może) dogadać –poezja powinna jego szukać i podążać za nim, złazić czytelnicze ścieżki, szukać czytelnika pod strzechą. Nie w sensie artystycznym, tutaj dopuszczalne są wzajemne wystawienia się na trudne próby, ale w sensie dosłownym. Poezja, poeci, poetki mają być w ruchu. Zbyt wiele wyrosło wysp wykluczenia z obiegu literackiego na mapie Polski. Żaden obdarzony milionowym budżetem festiwal imienia Kogoś Bardzo Ważnego odbywany w jednym z kilkunastu centrów akademickich w kraju nie zastąpi kilkuset a może i kilku tysięcy spotkań w niewielkich miejscowościach, czasami ledwie kilka kilometrów w bok od szosy głównej a czasem wręcz w miejscach leżących na głównej trasie ale mijanych, przejeżdżanych. Takim działaniem w ostatnich latach był organizowany przez Instytut Książki Festiwal 4 Pory Książki, który pomimo głosów krytycznych – czynił zadość postulatowi ruchliwości i dostępności. Dość wspomnieć, że jego kolejne edycje odbywały się w kilkudziesięciu miastach na raz. Literatura i literaci kilka razy w roku wędrowali po całym kraju a na tych trasach wędrówek równouprawniona była Warszawa z Nową Rudą a Wołów z Krakowem. Ten festiwal wytwarzał miejscowe koalicje na rzecz literatury, pomagał kreować i stabilizować grupy zadaniowe, dawał zapaleńcom możność policzenia się, odkrycia swojego współwystępowania na niewielkiej przestrzeni miasta, miasteczka – do tej pory wydawałoby się skrajnie aliterackiego. Przy czym co ważne – projekt Instytutu Książki wyraźnie premiował miejscowe, oddolne koalicje animatorskie, pozbawiony był cech objazdowego niemego kina, które przyjedzie i pokaże prowincjonałom czym kultura jest. Nic z tego paternalizmu! To lokalni liderzy i organizatorzy określali co chcą zrobić i w jakiej formie a donator po spełnieniu minimalnych wymogów formalnych – zezwalał na dużą dozę swobody w kształtowaniu programu, zgodnie z lokalnymi potrzebami i oczekiwaniami. Pod tym względem ten festiwal wydaje mi się czymś unikalnym i wartym naśladowania, czymś skrajnie innym niż popularne jeszcze do niedawna spędy środowiska czy imprezy od wielkiego dzwonu typu Festiwali Imienia Bardzo Ważnych Osób. CDN na stronach BL niebawem 2009-11-16 13:28:39 skomentuj (5) ZE STOSU MEMÓW - PATRZ NAJBLIŻSZY NUMER ODRY W najbliższej "Odrze" - 5 mem ze stosu memów i zabobonów literatury polskiej - mianowicie ten, który mówi o iluzoryczności kariery literackiej oraz względności nagród odczesnych. A leci on między innymi tak:
|
|