JURODIWY- PIETRUCH CZYLI WARIAT




TEN BLOG JUŻ NIE BIERZE UDZIAŁU W KONKURSIE
BLOG ROKU 2009


Gazetaliteracka.pl księga gości


2010
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad



Call me elvis
jurodiwyj@wp.pl
GG6691170

Inne gawra
POECI DLA TYBETU - wspólny projekt z Patrykiem Dolińskim
Literackie - dużo małych stron wielu autorów, w tym Jurodiwego
E-BOOK JURODA - wiersze stare
RED.-akcja newsy z towarowej 6/10
JURODIWIEC FORUM Forum dyskusyjne jurodiwego
Nieszuflandia tutaj się gnieżdżę także
macierz moja internetowa macierz, poczciwina
K.I.T. czyli Stowarzyszenie

Alter Ego
Radek Kirschbaum tak mógłbym się nazywać.

Pietrucha lubić ich - Ich lubić Pietrucha
Jerry Klejnocki porzucił wiersze, porzucił krytykę, ale nadal czujny
Szycownik czyli blog Pablo Lekszyckie herbu de Giwera
Wangin - albo Lucka rzecz
Lemur i Noemi - postac ukryta
Dwa Doktory i Wiktor - old firends inaczej
Jaras z Koronowa albo Uliczny Sprzedawca Owoców
Kuba Certowicz i jego flatten-foto-ekipa
Commodore64 - kto z was jeszcze pamięta o co chodzi z C64?
Piotr Wiktor Sopocki intersubiektywnie komunikowalne obserwatorium kultury
Steppenwolf Marek, dawniej Kleryk, obecnie Czarny

Gościniec
Niedoczytalnia Nowy żwawy serwis literacki - arriva!
Biała Fabryka --- produkuje biel i czerń
Orliński albo Mumu humu
Helenka można pomóc jednej małej osobie.
Wysocki co ma pióro i klocki
Władysław Bartoszewski Blog - wierzyć się nie chce, ale Profesor Władysław Bartoszewski prowadzi bloga!
Jerzysosnowski.pl pisarz
Zrozum blog brata brata
Oooops - jad - ach jak ja lubie ten Jad, też jurodiwy czyli rozumny człowiek
Gil Gilling niezastapiony fotoreporter życia literackiego kraju
Marcel Chyrzyński kompozer którego warto śledzić i podsłuchiwać
NAJMNIEJSZA SEKTA ŚWIATA - z ich kasą i sławą mogliby nic nie robić.
Powstanie Warszawskie z Płocka mnie ta płyta "Lao Che" rozwaliła zupełnie. Szacun i rispekt Panowie.
Mariusz Sieniewicz piewca olsztyńskiego zatorza.
BARD CZYLI INNY RODZAJ ZWIERZA MIrek Czyżykiewicz jest chyba ostatnim z tego rodu Bardów, ostatnim znanym i tak autentycznie dobrym

Sól ziemi
Parafia na końcu świata - Blog ks. Marka Maszkowskiego z Madagaskaru
We will build this city on rock'n'roll:) Internetowe Społeczeństwo Miasta Brzeg
WOLNY TYBET POZA TYBETEM oficjalna strona Rządu Tybetańskiego na wygnaniu
TYBET serwis informacyjny
Prawa Człowieka Helsinska Fundacja Praw Człowieka. Pozytywn Mafia i Centrum Rewolucji.
Brzeg jestem z tego miasta

jurodiwy-pietruch


LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 4.
Promyki
 
Żeby nie było, że tylko jękot, smutek i zgrzyatnie kaloryfera na zapleczu, postanowiłem na koniec napisać o kilku jaśniejszych sprawach. Bo jaki rok był taki był - ale - książki sie ukazują, spotkania się odbywają, jakaś garstka ludzi coś czyta, bywa że sobie pogada o tym czy owym. Słowem jest dobrze, ale jeszcze nie beznadziejnie. I tak jak następuje - idzie nawijka bardziej poztywna.


W bezbarwnej gdy chodzi o podsumowania, i nowe całościowe odczytania poezji ostatnich kilku lat pod koniec ubiegłego roku pojawiła się niczym meteor antologia poezji kobiet 1989-2009 „Solistki” wydana nakładem niestrudzonego Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie pod redakcją Marii Cyranowicz, Justyny Radczyńskiej oraz Joanny Mueller. Redaktorki świadomie unikają pojęcia „poezja kobieca” które w dyskursie krytycznym używane jest często jako eufemizm dla poezji egzaltowanej, emocjonalnej (nadto), sensualnej (irytująco) a w domyśle po prostu nijakiej, rozmemłanej, nie dającej się sklasyfikować. W „Solistkach” poezja kobiet (ale nie kobieca!) oznacza przede wszystkim inność, osobność, wyrazistość i brak kompleksów. Być może jest coś na rzeczy w obserwacji redaktorek, że młode kobiety, poetki „nie poklepują się po wierszach”, nie nawołują się mottami, dedykacjami. Tego emocjonalno-towarzyskiego ciepełka aż nadto bywa w męskiej poezji istniejącej na sposób o wiele bardziej stadny. Kto wie czy to nie jest sygnał, że emocjonalne rozmemłanie to coraz mniej sprawa kobiet i poezji kobiecej ale facetów w poezji. W wierszach pomieszczonych w antologii bardzo wiele wierszy jest skupionych na języku, nicowaniu jego form, sporo jest tekstów eksperymentalnych, sporo z nich porusza się na granicy lirycznego ryzyka. W równej mierze bowiem ryzykowne są hiperteksty na papierze Anety Kamińskiej co metaforyka Marzanny Kielar, ale to ryzyko liryczne dodaje smaku lekturze. Każdą autorek znałem wcześniej z osobna i czytałem, ale dopiero teraz, zebrane razem pokazują że dzieje się coś ważnego. Gadają ze sobą ich teksty, może po raz pierwszy ale nie ostatni. Jeszcze za mało tego, żeby wyznaczać nurty w poezji kobiet chociaż można sobie takie nurty bez trudu wyobrazić, wstępnie wyczuć. To już dużo więcej niż margines, niż „poezja kobieca”. O nie. To idą kobiety a nie poezja kobieca.  To obowiązkowa lektura i pomoc naukowa dla każdego kogo obchodzi polska poezja ostatnich 20 lat, nie po to żeby zaraz pokochać i oswoić, ale żeby się zmierzyć.

 

I z książek przepadłych warto chyba zwrócić uwagę na „Dobę Hotelową” Bartłomieja Majzla. Podmiot  - poeta i podróżnik, autor tomu wierszy „Doba hotelowa” to tropiciel nietrwałości świata w tym najbardziej nietrwałości siebie samego i stwarzanego przez siebie świata. Zarazem w wierszu Majzla wydaje się być wszystko a podmiot urasta do rozmiarów herosa. Słońce odmieniane według wszystkich przypadków i przypadłości wydaje się być mu powolne niczym pies. Wszystko jest w wierszu, nawet ekstaza, ale zarazem wszystko to jest naznaczone i sprzedane w zastaw. Nic nie jest samo z siebie a zastaw trzeba w końcu kiedyś wykupić. Miejscami wiersze Majzla wydają się być stoickimi ćwiczeniami jak z dawnych wieków, buddyjskimi próbami oswajania pustki. Doba hotelowa nie będzie trwać wiecznie – mówi tajemnicza portierka tytułowego hotelu. Świat jako hotel, człowiek jako gość hotelowy to chyba gorzej niż człowiek jako przechodzień w świecie. Hotel to przypadkowe zbiorowisko. Ci ludzie, te zdarzenia, te wiercące się głosy nie są połączone, nie stanowią całości. Przechodzień przecież dokądś zmierza a gość hotelu nie, gość hotelu bywa, znika. Język tych wierszy jest niespójny, rytm rwany, składnia niepełna, wersyfikacja nerwowa - trochę jak nasłuchiwanie wiercących się głosów zza ścian. Sporo z tych tekstów to zasłyszenia, krzyki piski, rozmowy zawiedzionych kochanków słuchane przypadkiem przez sufit. Dopiero i w finałowym wierszu objawia się coś z tego, czym jest wiersz Majzla, odsłania się podmiot, profetyzujący ktoś, jakiś zdziczały wierszopis dopisujący swoją wersję poetyckiego posłannictwa. „Posłaniec” a tak zatytułowany jest ostatni wiersz tego poematu na głosy, to inaczej przecież Angelus. Tylko czy majzel stworzony przez Majzla to jeszcze anioł, a jeżeli tak, to czyim jest w istocie posłańcem i jakie niesie wieści sobie i Tobie?

 

Ano właśnie, co wieści? Tego dowiemy się kiedy indziej. Tymczasem zwróćmy uwagę a dobre debiuty poetyckie 2009 roku to  Agnieszka Mirahina ze zbiorem "Radiowidmo" i Magdalena Nowicka ze tomem „Przewieszka”. Poza tym to o czym wspominałem w innych miejscach – bardzo dobry tomik „Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego, „Samochody i krew” Bartosza Konstrata, "Cyklist” Przemysława Owczarka i w ostatniej chwili, rzutem na taśmę wydana w 2009 Justyna Bargielska „Dwa fiaty”, Aleksandra Zbierska, która zaraz po debiucie „Wibrujące ucho” wydała drugi tomik „panoptikon”, wreszcie frapujący debiut ś.p. Marciusza Moronia „pali zalewa burzy”. Ze skromnych powrotów na renę poetycką trzeba odnotować Grzegorza Giedrysa z tomkiem „Debiut” i Mateusza Wabika z nierównym, ale frapującym zbiorem „Spisek” Z zadań domowych z prozy niewiele odrobiłem, wyznaje szczerze ze smutkiem, ale wskazałem wcześniej i to powtórzę, że dwie książki zwróciły na siebie moja baczną uwagę – „Piaskowa Góra” Joanny Bator i „Sajgon” Karola Maliszewskiego. Zupełnie natomiast umknęły mi rzeczy chyba ważne i istotne w tym roku mianowicie „Pensjonat Pazińskiego któren za te powiesić dostał Ausweiss. Przeleciała mi przez ręce Joanna Siedlecka pod kryptonimem „Liryka”, tyle ż wiarygodna co zabawna ze swoją stuprocentową wiarą w ubeckie kwity. Brak wstrząsu i realnej dyskusji nad tą książką, poza uprzejmościowymi kilkoma zdaniami u profesora Beresia w TVP chyba był właściwym wskazaniem autorce i jej dziełku miejsca na ziemi i w mieście.

 

A o kolejnych promykach niebawem. Szybko bo styczeń się kończy i nowe zdarzenia wokół.


2010-01-26 01:53:52 skomentuj (5)
LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 3.
Pogrzybki z międzypola. 

Zatem Rok 2009 to kolejny rok bez żadnej debaty literackiej, poetyckiej, krytycznej. Mówię tutaj o realnie nośnej wymianie zdań, która by zajęła środowisko, podzieliła je według postaw i pomysłów na literaturę, wzbudziła wściekłość lub złość. Przy końcu roku trafiła się nam jakaś namiastka przy okazji kolejnej książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Sama wymiana poglądów przypominała raczej teatrzyk stereotypów i odległa jest od tego czego by można oczekiwać. Nie trzasło, jak sobie mniemałem rok temu na linii między pismem apokaliptycznym „44” i innymi przypisanymi do nurtu mesjanistów czy neomesjanistów a linią środowiska „Krytyki Politycznej”. Obie inicjatywy były w tym roku dość niemrawe, to znaczy niby były a jakoby ich nie było a szkoda. Na tym styku mogłoby wiele wyrosnąć dzikiego ziela. Skoro jednak o tym mowa trzeba zwrócić uwagę na ważny gest – mianowicie pierwszą książkę Igora Stokfiszewskiego „Zwrot Polityczny”. Zapewne jest ona trochę obliczona na przekonywanie przekonanych, ale to rzecz ważna od strony meta. Po pierwsze zamiast krytyczno-literackiej drobnicy (jaką ja sam preferuję) próbuje stworzyć w miarę spójną (inna sprawa czy akceptowalną) wizję krytyczną. Poza tym to jakby nie było najważniejszy debiut, ważniejszy niż jakikolwiek debiut poetycki w 2009. To ten łysy gość rozdawał od lat kuksańce, samemu nie podając się całościowej ocenie, to ten niezrealizowany poeta, autor bodaj jednego wiersza pod tytułem „Miłość” próbował dzielić i rządzić a teraz sam się wystawia na strzał. I ten strzał padnie. Niebawem. Nawet wiadomo skąd. Stąd.

 

Jak na rok rocznicowy słabo wypadły ewentualne sponsorowane przez państwo albo po prostu liczące na sukces komercyjny produkcje literackie. Wiadomo że Maciej Parowski ukończył w grudniu „Burzę” powieść opowiadającą alternatywny wrzesień 1939. Znane fragmenty oraz wcześniejsze mutacje pomysłu (komiks, scenariusz do filmu) każą myśleć o tym tekście jak o czymś co mogłoby się okazać ciekawym, ważnym głosem w sprawie. No ale wiadomo już, że nie ukaże się w 2009. Strategicznie byłoby to ważne dla tej książki, podobnie jak dla szykowanego od wielu lat „Nod” Radosława Kobierskiego znanego z fragmentów krążących w  czasopismach literackich. Jacek Dukaj wydał „Wrońca”, chociaż to nawiązanie mocno nie wprost – bo przecież żadnej okrągłej rocznicy 1981 nie było, raczej chodziło o nawiązanie a’rebours do 20 rocznicy 4 czerwca 1989. Aż dziwnie, że tylko tyle. Można by było zaliczyć w ten poczet powieści Ciszewskiego gdyby nie fakt, że miały one swoje edycje wielu lat wcześniej a z okazji okrągłej rocznicy 1939 – zostały tylko wznowione. Zdaje się, że temacie zmieścili się nieźle historycy i wydawnictwo „Bellona” (ale nie tylko ono) zalewając rynek monografiami, opracowaniami o zróżnicowanej zresztą jakości i sensowności. Bo po co nam kolejna monografia obrony Warszawy w 1939 czy kolejna zdawkowo-obrazkowa monografia wojny obronnej 1939 roku pod takim czy innym tytułem – nie wiem. Chyba tylko po to, żeby każdy wydawca miał na czym zarobić. Ale żadnych nowości sensu stricte nie było. Dobra i ciekawa książka Moczulskiego to przecież reedycja z drugiego obiegu sprzed lat, Zawilski „Bitwy polskiego września” to reedycja z pierwszego obiegu zresztą z popsutymi graficznie mapami. Te ze starego dwutomowego wydania były kolorowe i o wiele bardziej przejrzyste.

 

Rok 2009 to również rok słabych produkcji z pogranicza muzyki i poezji. „Herbert”, „Poeci”, „Gajcy”. Pisałem o dwóch pierwszych na tym blogu, więc nie będę powtarzał zarzutów, projekt „Poeci” w którym wziął udział także L.U.C., ale także Peja i O.S.T.R. to jednak rzecz chyba już nie na Jarodzkie ucho, które topi się w monotonii przekazu muzycznego. Być może ta monotonia brzmi wyłącznie w moim uchu, ale pomysły fajne na raz są mordercze gdy robi się je więcej razy niż raz. Fajnie że da się wyrapować Lechonia i może dzięki temu jedna na sto osób lubiąca Peję czy Lilu – sięgnie po oryginał. Na projekcie mści się chyba tez dość chaotyczny dobór tekstów od Ignacego Krasickiego po Tuwima. Nie za bardzo czytam te logikę. A generalnie działanie na pograniczu muzyki, sztuk audiowizualnych to chyba jedna z ciekawszych możliwości trafiania poezji do szerszej widowni, czytelni. Na tym tle nieźle wypada formacja Łukasza Jarosza „Lesers Band” która wykonała w 2009 ogromną pracę, wydała kolejną płytę i zagrała trasę. Jarosz to w ogóle muzyczno-poetycki unikat – lider, autor tekstów i perkusista, takie połączenie rzadko się zdarza. O i teksty ma niezłe.

  

Istnieją domysły, że w roku 2009 na krawędzi upadku, z różnych przyczyn, głownie docinania dopływu funduszy publicznych, zmęczenia materiału znalazło się kilka projektów czasopiśmienniczych – w tym ponoć „Portret” i – jak wynika pośrednio z komentarza – „artpapier”. Na tym tle dobrze się dzieje, że powstaje czasem coś nowego, dobrego. Ale o tym  już w następnym odcinku.
CDN


2010-01-18 01:06:21 skomentuj (15)
LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 2

[foto - www.wrzuta.pl]


Ewentyzm albo Festwalenie.


Łabędziemu śpiewowi spoza centrali towarzyszy coraz głośniejsza fanfaronada kolejnych festiwali, centralnych uroczystości dożynkowych i gromkich wręczeń nagród mających też otoczkę lub pozór wydarzenia literackiego. Po Nagrodzie Literackiej Gdynia, Nike, Silesiusie, Angelusie, Paszportach Polityki, nagrodzie imienia Kościelskich na mapie kasowej pojawiła się nagroda miasta stołecznego Warszawy i zdaje się, że to nie koniec. Każdy chce mieć swój cyrk i swoje małpy w tym cyrku.  Z jednej strony to fajnie, że różni zasłużeni literaci, albo zupełnie niezasłużeni ale utalentowani, albo zupełnie nieutalentowani, ale przynajmniej młodzi - mają więcej szans podreperować swoje budżety. Z drugiej strony - nie idzie za tym nic w literaturze. Być może - jeżeli w polityce mamy czasy postpolityczne - tak w literaturze mamy czasy postkrytyczne i zostały już tylko cyrki wokół nagród i nic więcej.


Warte zauważenia przy okazji tych cyrków coś jeszcze. Mianowicie bywały czasy, kiedy szacowne gremia niewiele się różniły co do gustów i kto dostawał Paszport (przyznawany jako pierwszy) ten zazwyczaj zgarniał resztę prawem górskiej premii lub wedle zasady wartości przydanej. Na szczęście przyrost ilości nagród, zróżnicował gremia oceniające i zdemokratyzował gusta o czym w roku 2009 świadczyły wybory szacownych zbiorowisk – Sylwia Chutnik, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Dariusz Basiński (nominowany w moim prywatnym rankingu do strzału kulą w płot roku 2009), Dąbrowski Tadeusz, Anna Piwkowska, Stanisław Barańczak.

Najciekawsze w tym wszystkim i najbardziej odważne jest chyba przyznanie Nagrody Literackiej  Nike Tkaczyszynowi-Dyckiemu, który jest człowiekiem i poetą bardzo skupionym w swoim języku, świecie i w sobie, postacią wręcz a-medialną, jakby nie z tego świata. Stawiam kasztany przeciwko orzechom albo nawet owies przeciwko pszenicy że Eugeniusz  Tkaczyszyn Dycki wniesie zupełnie nowy ethos laureata w historii nagrody Nike i za to również wielka mu chwała. Swoją drogą – przypadek Dyckiego to także rzadki przykład jak uparte trzymanie się raz obranej drogi, rzetelne wyznawanie swojego literackiego obłędu przynosi z czasem docenienie na innych niż krytyczno literackie polach. Chociaż jestem niemal pewien, że Eugeniuszowi to docenienie na innych polach dość dogłębnie zwisa chociaż jest miłe, bo komu nie było miłe przyznanie garnca grajcarów. Ale królestwo Jego – nie stąd, ani nie stamtąd, ono jest skądinąd.


Rozdawanie nagród nadaje nowy rys debacie literackiej. Rozmawia się o tym co nagradzane a nagradza się to o czym szumią wierzby.  Nie ma naturalnej wymiany ciosów nad książką, nad dziełem w czasie gdy żyje ono swoim pierowtnym życiem - w obiegu księgarniano-czytelniczym. Bo dzieło nie-nagrodzone nie istnieje. Jest nagroda jest dzieło, nie ma nagrody – dzieła nie ma. Nagrody zaś przyznaje się zgodnie z regułami za lata ubiegłe. W roku 2008 nagradzano za 2007 a w 2009 za 2008. Zatem eventyzm, a nie co innego sprawia, że paradoksalnie wyobraźnia czytelnicza, jeżeli istnieje, skupia się na książkach które mają kilkanaście miesięcy istnienia na rynku a najczęsciej już nie istnieją i są reinkarnowane przez wydawców by można było je omawiać a omawia się je szerzej dopiero po nominacjach. Omówienia nie są jednak żadnym poważnyjm dyskursem literackim, nie jest to spór o cokolwiek. Omawia się w tonie laudacji a nie sporu. Są przecież nominowane a nie dyskutowane. I tak nam rośnie rodzaj jakiegoś trędowatego, nietykalnego sposobu gadania juz nie o literaturze, ale książkach, w którym nikt z nikim o nic się nie spiera, bo nie ma o co. Werdykty są jawne, procedury tajne. Jak w Ministerstwie kultury - gdzie nie wiadomo kto i za co uwala bądź popycha wnioski, bowiem siedzą tam eminencje w kapturach i są nietykalne jak inkwizytorzy... o przepraszam, o tym było powyżej. Zatem powie każda kapituła, każdej nagrody mniej więcej tak: Werdykt jest wynikiem uśrednienia gustów jurorów lub zdolności manipulacyjnych jednego jurora (jak Henry Fonda w 12 gniewnych ludziach), albo siły przekonywania. I oczywiście ma rację dowolna kapituła i jej kapitularze i mają prawo tak powiedzieć. Roma locuta, causa finta.
Rzecz w tym, że poza tą karczmą co Rzym się nazywa (na potrzeby tej notatki) – w zasadzie już nic nie ma, albo to co jest to jest prawie nic.


2010-01-10 22:04:19 skomentuj (2)
LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 1

Dowiedziałem się wreszcie, oczywiście z prasy że tak dobrego roku w kulturze nie było już od dawna. A potem, pod tym dumnym tytułem, przeczytałem dziennikarskie doniesienia o tym, że kultura rośnie w siłę a ludziom kultury żyje się dostatniej. Dowiedziałem się też o jakiej kulturze tu mowa, w każdym razie literatura w jej zakres nie weszła. Z tego powodu pozwalam sobie subiektywnie, niesprawiedliwie, wybiórczo, uzurpatorsko ocenić roku 2009 pod względem zniknięć, zjawień i wybawień literackich uzupełniając tym samym znaczący brak informacyjny, jaki zaistniał u progu nowego roku 2010. A zatem po kolei:

 

Łabędzi śpiew spoza centrali.



Mam wrażenie, że to generalna tendencja, że metropolia powoli bierze odwet na wszystkim co lokalne a nie jest to trudne, bowiem kultura lokalna może istnieć tylko wtedy gdy metropolia albo przestanie prowincję łupić albo złupi ale redystrybuuje część złupionego z powrotem na prowincję. Nie wiem jak się mają lokalne przedsięwzięcia kulturalne z innych dziedzin sztuki ale gdy chodzi o literaturę wydaje się, że jest i będzie coraz gorzej. Taki drobny przykład: W roku 2009 odbyła się piąta edycja festiwalu 4 Pory Książki, po czym 26 listopada, już po zakończonej edycji „Pory reportażu”, żeby nie psuć sobie publicity, szefostwo Instytutu Książki ogłosiło zawieszenie, czyli jak wiadomo w warunkach Polski lokalnej, faktyczną likwidację festiwalu. Jeżeli się tą informację złoży z przepychem Festiwalu imienia Czesława Miłosza – to widać wyraźnie o co tu chodzi. Nie znam dokładnych finansów Instytutu Książki, ale zapewne z samych zakąsek na Festiwalu MIłosza można byłoby zaoszczędzić na jakąś kadłubową formę istnienia „4 pór książki”, chociażby pod postacią festiwalu poświęconego dowolnej formie literatury – co byłoby bardziej dostosowawcze dla publiczności w mniejszych ośrodkach. I niechby się to nazywało „4 strony książki” i niechby było raz w roku, ale niechby było.

Może jako występującemu na Festiwalu Miłosza powinno mi zależeć na jego przepychu ale za dobrze wiem, że przepych tutaj oznacza zwałę w kilkunastu innych miejscach. Poza tym właśnie festiwal w Krakowie przyciąga medialnością, więc można przyciąć zapewne nieco kasy na honorariach, liście gości, trzygwiazdkowych hotelach i dać kasę tam, gdzie medialność autorów nie przyciągnie – właśnie na projekty z powiedzmy Mysłowic, Wągrowca czy jeszcze – niech będzie – Brzegu, Oleśnicy, Nowej Rudy.

 Oczywiście, każdy powie – zawsze można napisać projekt do ministerstwa, jasne, można. Można na szkoleniu usłyszeć od urzędnika ministerialnego, że sam nie wie co należałoby wpisać w tę lub inną część wniosku – chociaż to niewiedza o tym, co będzie uznane za błąd formalny, czyli wykluczający z jakiejkolwiek rozmowy merytorycznej (dla kogo to, za ile i czy można lepiej). Po wielu godzinach pracy nad projektem za brak podpisu lub parafki można dostać odpowiedź, że z powodu braku formalnego – wniosek odpada. Nasz wniosek upadł, bo nastąpił błąd rachunkowy w jednej części na 300 złotych (literówka) przy watości całości projektu na poziomie 106 tysięcy i imprezie na terenie 11 miast przez trzy tygodnie. A wiadomo, fundusze na kulturę to nie fundusze unijne gdzie stając do konkursu można mieć szansę na 1 formalną poprawkę. Tutaj poprawek formalnych nie ma i nie będzie. Trochę szkoda. Pewnie jak co roku na błędach formalnych uwalonych zostanie około 87% do 97% projektów z tzw. terenu.

Wiadomo też, że Kraków, Warszawa, jedna sprawa, likwidację festiwalu 4 Pory Książki przeżyją bez większego bólu. Ale nie wiem czy Wąbrzeźnie, Lidzbarku albo Chełmie odbędzie się w związku z tym chociażby jedno spotkanie z kimkolwiek. To pewnie już Ministra Kultury (a jemu podlega Instytut Książki) nie zaboli, bo tam jest mało ludzi, a ci którzy są się nie zbuntują. Czytelnicy nie blokują bibliotek ani księgarń.

To, że kultura zmierza w stronę medialnego spektaklu to żadna nowość, cos na granicy truizmu. Szkoda jednak, że instytucje które ten proces mogłyby równoważyć zdają się zmierzać w tę samą stronę. Bo przecież pomysł likwidacji bibliotek – no oczywiście nie formułowany wprost, bo tego  w tym kraju się nie robi – to działanie z tej samej kategorii. Łabędzi śpiew prowincji która pomału pod każdym względem jest sprowadzana do parteru.

Ograniczenie dostępu do kultury oczywiście wytworzy dobrze znaną mechanikę błędnego koła – brak dostępu do biblioteki spowoduje dalszy spadek czytelnictwa a spadek czytelnictwa będzie uzasadniał dalsze cięcia i tak aż do zera. To tak samo jak z likwidowaniem i żonglowaniem kolejnymi reformami na kolei państwoewej, jak postępująca degradacja infrastruktury komunikacyjnej etc. To oczywiście kreuje zagłębia wyuczonej bezradności, pogardzanego wykluczenia, które później z łaski pańskiej się zalepia kolejnymi zasiłkami. To wszystko tworzy ogłupiałe społeczeństwo, które nie czyta, nie rozumie, przenosi na swoje lokalne tereny styl i słownictwo podpatrywane w telewizji w kolejnych komisjach ds. pijanych halabardników z drugiego planu w prowincjonalnym teatrze. Bo nie ma przeciwwagi dla tej plugawości. I społeczeństwo nam plugawieje a my wszyscy radośnie w nim i tylko rozliczni kacykowie plemienni mogą się cieszyć, że rosną tłumy głupich wyborców podatnych na byle manipulację, byle drobnym populizm.

Miało być o literaturze? A nie było? Doprawdy?


CDN
2010-01-05 14:54:39 skomentuj (9)
SZYBKA AKCJA

[www.klubgaja.pl]

Poszukujemy tekstów poetyckich polskich autorów dotykających kwestii Tybetu, wolności sumienia, wolności słowa, prawa narodów do samostanowienia, prawa do oddychania i prawa słowa do znaczenia. Wybrane teksty zostałyby zamieszczone w serwisie a następnie do końca stycznia wyedytowane w formie ebooka. Do kwietnia 2010 chcielibyśmy wydać oparty na tych tekstach arkusz-plakat poetycki dystrybuowany w ramach XIII Konfrontacji Literackich „Syfon czyli Rebelia” w Brzegu ale nie tylko. W późniejszym terminie chcielibyśmy wydać także zbiór tekstów w formie książkowej. Ewentualny dochód z publikacji będzie w całości przekazany na akcję „Niewidzialne Kajdany”prowadzoną przez polski oddział Stowarzyszenia Studenci dla Wolnego Tybetu oraz Helsińską Fundację Praw Człowieka. Na teksty czekamy do 10 stycznia 2010 roku. Teksty prosimy nadsyłać na adres:

Poecidlatybetu@wp.pl

 

Patryk Doliński

Radosław Wiśniewski

www.poecidlatybetu.pl


2009-12-28 14:53:28 skomentuj (0)
NO O CO CHODZI, O CO?



Niech nikogo nie odstraszy rozmiar książki Szymona Hołowni „Monopol na zbawienie”. sprzedawanej dla niepoznaki w jeszcze większym opakowaniu wraz z grą planszową. Tytuł to nawiązanie do popularnej wciąż gry w Monopole, książka, bowiem formalnie jest instrukcją gry z opisami kart zdarzeń i testowych pytań na jakie można się natknąć (a nawet trzeba) grając w zbawienie. Z drugiej strony „Monopol na zbawienie” można czytać jak przewodnik (oczywiście niekompletny i subiektywny) po współczesnym katolicyzmie, który chociaż z statystycznie jest w Polsce powszechny, to bywa często jedynie słabą dekoracją pokrywającą mieszaninę pogaństwa i świadomości magicznej. Hołownia posługuje się językiem żywym, otwartym, może i literacki stopień powyżej potocznego, ale chętnie posługującego się kolokwializmem w miejscu gdzie warto jakiś przesąd odrzeć z koturnowości i patosu. Książka daje się czytać po kolei, rozdziałami, ale można ją czytać w losowej kolejności w ramach gry czy po prostu losowo w ramach tasowania kart albo otwierając na przypadkowej stronie. Ułatwia to struktura, bowiem żaden z tekstów nie jest obszerniejszy niż kilka-kilkanaście stron, każdy zaś stanowić może odrębną całość. Jest to zatem książka wiecznie otwarta różnych czytelników – i tych żyjących w ciągłym pośpiechu i tych zagubionych i tych którzy mają trochę czasu żeby pobawić się – koniecznie z bliskimi i spróbować książki jako instrukcji do gry. Skojarzenia literackie z „Grą w Klasy” Julio Cortazara przy całej odrębności tematu i języka nie jest od rzeczy. Kto radził sobie z Cortazarem, ten pewnie łyknie pomysł Hołowni.

Autor zaś pozostając mocno przy swoich katolickich przekonaniach, pozostaje otwarty na innego, nie omijając świętoszkowato trudnych tematów. I nawet tam gdzie trudno się z nim zgodzić – chętnie się go czyta, bo zwyczajnie jest ciekawe jak tym razem wybrnął. To także książka, która dla wielu statystycznych katolików może być próbą powrotu do źródła a dla tych którzy tej wiary nie podzielają – próba zrozumienia o co chodzi wielu ludziom wokół. Chociaż obserwując świąteczny festiwal umęczenia, zabiegania i kupowania – można mieć wątpliwości czy rzeczywiście chodzi im o to samo. Pewnie nie, ale co tam.


2009-12-24 01:04:04 skomentuj (5)
NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN.

W dniu w którym zostałem ćwierć-nominowany do „Paszportu Polityki” w zasadzie nic się nie zmieniło. Pewien Pan z pewnej firmy dystrybucyjnej, na moje uprzejme zapytanie czy w końcu zechce zakończyć negocjacje w sprawie  znowelizowanych form sprzedaży „Red.”-a, odpisał mi, że sam sobie jestem winien bo gdy dwa tygodnie temu po dwóch tygodniach milczenia ze strony firmy w przerwanej w pół zdania rozmowie napisała do mnie pewna pani, że chciałaby dostać dane do nowej umowy – odpisałem jej że negocjacje są w toku i nic mi nie wiadomo o tym jakoby były sfinalizowane. Zresztą psu na buty ten cały wysiłek, bo umowy z dystrybutorami są tasiemcowe, zawierają kolejnych kilkanaście stron załączników i konia z rzędem kto zrozumie dodatkowo wewnętrzny slang dystrybutora a co dystrybutor to jego slang a ty się ucz, bo nauka to potęgi klucz.

Dzień później Tomasz Piątek wysłał list w obronie bibliotek wiejskich, które chciałby likwidować minister kultury Rzeczypospolitej Polskiej, bo jak mówi, trzeba coś zrobić z bibliotekami niedochodowymi. Po raz pierwszy chyba, ale kto wie czy nie ostatni podpisałem protest song zawieszony na stronie "Krytyki Politycznej" i poczułem się zepchnięty na tę samą barykadę co Igor Stokfiszewski. Nie z powodu w widzeniu literatury, ale w poczuciu, że za chwilę już nic nie będzie widać. Ja proponuję zacząć od najbardziej niedochodowego molocha – Biblioteki Narodowej a potem polecieć po całości – Zakład Narodowy Ossolińskich, biblioteki uniwersyteckie, wojewódzkie, wojewódzkie pedagogiczne a z oszczędności i wyprzedaży wszystkich książek proponuje ufundować wielki pomnik Hansa Franka. Bo w końcu w ten sposób spełni się jego Third-Reich-Dream o polakach jako prawdziwych pastuchach z krwi i kości.

Dwa dni po ćwierć-nominacji zmienił się rozkład jazdy w całym PKP i gruchnęła wieść, że będą likwidowane stacyjki wzdłuż całej, świeżo wyremontowanej za pieniądze budżetu i UE linii Opole – Wrocław. Ajentów jakoś nie ma chętnych na stacje co specjalnie nie dziwi. Częste zmiany, wojny o bilety, mętliki spółkowy sprawia że coraz mniej ludzi chce jeździć koleją a czasem i coraz mniej może. To i komu by się chciało opierać swój byt materialny o kolejne spółek PKP wojenki. A spółek tych jest ze czterdzieści, sam nie wiem ilu kolesi się w nich mieści. No bo przecież nie ma logicznego powodu ciągłego pączkowania spółek PKP poza jednym – wiele spółek skarbu państwa, wiele zarządów, wiele rad nadzorczych, wiele synekur. Wożenie pasażerów jak po raz kolejny się to pokazuje w całej krasie – nie należy do głównych zmartwień wszystkich spółek PKP, bo przecież nie o to tutaj chodzi. Nikt już nawet nie udaje, że pasażer jest celem istnienia kolei. Jest im przeszkodą.

Dwa dni po ćwierć-nominacji skradziono słynną tablicę z obozu w Auschwitz i to jest świetne świadectwo stanu społeczności w jakiej żyjemy. To nie neonaziści, nie, to złomiarze, dam sobie główkę przyciąć. A następnego dnia przyszła zima i okazało się, że pękają szyny, wywracają się samochody zaskakując w zasadzie wszystkich. Jednej nocy zamarzło 15 bezdomnych lub nadużywających alkoholu. Wszyscy znowu poczuli się zaskoczeni. Jakże to, mróz w grudniu?

No właśnie, bądź tu mądry i pisz wiersze. Może właśnie dlatego to ostatnie jakoś się nie składa. Real wychodzi jak szydło z wora.


2009-12-21 01:37:12 skomentuj (2)
NEONOE NA POGRANICZU

A tymczasem ruszamy wskroś Polski na Pogranicze:


2009-12-11 01:53:36 skomentuj (32)
WYWIAD KTÓRY NIE MIAŁ PRAWA SIĘ WYDARZYĆ
Już niebawem, na żadnych łamach - wywiad a z niego fragment tutaj:

Adam Epler: No dobrze, ale jest Pan urodzony w roku 1974, w życiu pewnie Pan nie strzelał do nikogo ani do Pana nie strzelano. Taka poezja, tworzona przez człowieka urodzonego 30 lat po wojnie naraża się na szereg zarzutów. Z jednej strony będą zarzuty nazwijmy je – uzurpacyjne, że autor, który czegoś nie przeżył nie ma prawa o tym pisać, z drugiej strony zarzuty o instrumentalizm, że coś co było prawdziwą krwią, walką sprowadza się w wierszu do zgrabnej figury stylistycznej… 

Radosław Wiśniewski: Bez ryzyka nie ma wyników, w angielskim jest taka fajna fraza : „No pain – no gain”. Staram się przede wszystkim ustawiać w wierszu swój głos wobec zdarzenia, wobec bohaterów sprzed lat a nie się pod nich podszywać, wiedzieć za nich. Wiersz poprzez możliwość zawieszania dosłowności wydaje mi się dobrym sposobem dawania głosu tamtym sprawom i ludziom. Na czynienie ich obecnymi dzisiaj. Tamte czasy i ludzie nie są przecież odcięte jakimś dziejowym sekatorem od naszego czasu. Istnieje cała siec powiązań, nici, może poplątanych, ale trwałych, które każdego łączą z przeszłością. Nie rozumiem za bardzo jak ignorując, odrzucając tę świadomość można sobie rościć pretensje do wypowiadania jakiegokolwiek, roszczącego sobie pretensję do bycia istotnym – zdania na temat świata i ludzi. Fakt nie przeżyłem wojny, ale ona była obecna w domu poprzez opowieści starszych a przy tym jest w zasadzie obecna, bo mieszkam w domu na osiedlu lotników Luftwaffe, syn właściciela domu jesienią 1939 został powołany do Krigsmarine, być może nawet strzelał do ś.p. stryja Stacha, który z Syberii razem z Andersem przeszedł na Bliski Wschód a tam postanowił zaciągnąć się do marynarki wojennej. Ja w tym domu tez jestem z jakiejś okazji i z jakiejś okazji psychicznie obejmuję w posiadanie jako „moje miasto” Brzeg, dawniej Brieg, dawniej Brega, dawniej „Vysokije Brega” a jeszcze dawniej „Alta Ripa”. Wprawdzie nie przezyłem zmiennych kolei dziejów tego miasta, tej społeczności, która dała mi język i tożsamość, bo przecież to niemożliwe, człowiek żyje tylko około 80 lat – ale naturalnie staję wobec tego doświadczenia. I o tym  mam prawo chyba napisać. To nie są reporterskie zabawki, to powieści o próbach przeniknięcia sytuacji granicznych a nie przeżycia ich za kogoś innego. Sama opowieść o sytuacji granicznej w jakimś sensie jest jej – zapośredniczonym to fakt – ale przeżyciem.

A co do zarzutu instrumentalizacji – tak można powiedzieć o dowolnym prototypie tekstu> Czy ktoś kto pisze erotyk nie naraża się na zarzut instrumentalizacji aktu miłosnego, drugiej osoby? No można by postawić taki zarzut a jednak nie słyszałem, żeby ktoś zarzucał komukolwiek kto pisze wierszyki o miłości, że instrmentalizuje ukochaną osobę. Nie ma na to uniwersalnego wzoru, ale na wiele rzeczy nie ma matematycznego wzoru – a jednak się próbuje tworzyć.

 Adam Epler: No ale jednak wspólny tom wierszy z Dariuszem Pado „Raj/Jar” gdzie rozegraliście sobie holocaust jako koncept na wspólny tomik, czy jak to sami mówicie poetycki maxi-singiel był chyba blisko historycznej pornografii? 

Radosław Wiśniewski: A Pan czytał ten tomik dokładnie? Nie zafiksował się Pan czasem na spisie treści? Bo po mojej stronie tego holocaustu chyba nie ma aż tak wiele. To bardziej zbiór wierszy próbujących powiedzieć „nie” tradycji okrucieństwa wobec obcego. Przynajmniej ja miałem takie myśli kiedy komponowaliśmy obie części. „Albedo III” jeżeli na czymś się opiera to nie na holocauście, ale częstych powidokach dokumentalnych z września 1939, podobnie „Alibi albo stawiacz min” (historia obrony wybrzeża w 1939), Hartheim to z kolei historia eliminacji niepełnosprawnych umysłowo w Trzeciej Rzeszy, „Rubedo” to oblężenie Wrocławia w 1945, w wierszu „Weronika postanawia nie pozwolić nikomu umrzeć” poza parafrazą z mistrza banału Paolo Coehlo jest tylko tło w postaci tajemniczych miejsc Gór Sowich, potem Chorwacja, teatr na Dubrowce, mysz za ścianą ocalona wbrew iluś wojnom toczącym się wówczas na całym świecie. Tylko „Selekcja” i dwa zamykające wiersze w jakiś sposób wiążą się z samym, Holocaustem. Ja wiem, że to się narzuca samo jako łatwy liczman, łatwy kluczyk interpretacyjny ale tradycja okrucieństwa niestety się wylewa poza tamte czasy, cierpienie jest ciągle obecne w świecie, walka ciągle trwa, tyle że na innych polach w innych rejonach. Jak śpiewał Kaczmarski „Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy i giną ciągle młode wilki na całym wielkim świecie”. Tak pięknie mówimy sobie tutaj w Europie o wybaczeniach, przeprosinach a tak cudnie milczymy w innych sprawach – Birmy, Tybetu, Darfuru.

 Adam Epler: I tutaj trzeci zarzut – że to wszystko razem wychodzi Panu jak tani moralitet a przecież poezja nie ocala i nie lubi patosu. 

Radosław Wiśniewski: Przyjmuję to z pokorą, jeżeli ktoś mi wykaże a pewnie to jest możliwe – że w tym czy innym wierszu nie udało się osiągnąć dobrego efektu literackiego. Ale nie przyjmuję takie zarzutu generalnie. Nie ma jednego, powszechnie obowiązującego wzorca poezji jako jedynie słusznego. Są oczywiście pewne mody i owcze spędy ale z tego nie wynika jeszcze wyższość jednego typu poezji nad drugim. Tak jak nie da się udowodnić wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, chociaż oczywiście Stanisławski mógł sobie na tej kanwie robić kabaret. Wydaje mi się jednak, że każdy krytyk, poeta próbujący poważnie takiej hierarchii dowodzić będzie też robił kabaret tylko ze złudzeniem, że zajmuje się czymś poważnym – a to już może być smutne. Patos to przecież pewna kategoria estetyczna, ani dobra ani zła, jest do ogrania, rozegrania. Rozumiem, że komuś może się nie podobać jak ją ogrywam, ale powtarzam – nie przyjmuję argumentu że samo jej użycie jest złe w sobie. I tak samo z zarzutem dotyczącym moralizowania. Wydaje mi się, że poezja ma prawo mieć jakiś związek z etyką. Mam poczucie że etyka z estetyką mają się ku sobie. Nie są to relacje proste, ludzkość o tym napisała wiele tomów, więc nie ośmielę się tego tematu teraz rozwinąć, ale poprzestańmy na tym, że te związki moim zdaniem istnieją, nie są błahe.

 Adam Epler: To jednak poezja ocala? Przecież jeden z pierwszych pana wierszy, nieprzypadkeim pomieszczony i tomie „Raj/Jar” i w debiutanckim „Nikt z przydomkiem” nosi tytuł właśnie „Ocalona” 

Radosław Wiśniewski: Nie wiem czy ocala, ja nie wiem co to znaczy, że poezja ocala albo nie ocala. Bo to jest zagadnienie z kategorii „czym się różni wróbelek” jak wiadomo wróbelek się różni tym, że ma jedną nóżkę bardziej. Ten problem wydaje mi się sztucznie postawionym problemem na dokładkę, który wyrodził się w mem, autonomiczną strukturę, żyjącą własnym życiem, zdanie-zaklęcie powtarzane w bliżej niejasnych celach. Słowo ocalenie jest wielkie, abstrakcyjne. Budzi moją niepewność i nieufność a ja wierzę konkretom, nie wierzę w ludzkość ale w ludzi i ludziom. Wierszyk o którym Pan wspomina to ocalenie pamięci o myszy, jednej małej myszy, której postanowiłem nie zabijać łapką, ale dokarmiać i wytresować, żeby żarła w jednym miejscu zamiast szaleć po szafkach. Nota bene eksperyment się udał. Mysz żarła resztki ze spodeczka przy śmietniku a ja miałem spokój w szafkach. Wracając do ocalania przez poezję - wierzę, że ludzie potrafią utrzymywać się w przytomności, pobudzonej świadomości, stanie czuwania, podwyższonej gotowości na świat. Wiersz ma w tym pomóc, powinien w tym pomóc. A czy z tej czujności urodzi się cokolwiek wielkiego, ocalenie – tego nie wiem. Gdyby się udało to chociaż w jednym przypadku – byłby to sukces.


2009-12-01 12:45:53 skomentuj (0)
ANTYRAPORT Z OBELŻYWEGO MIASTA
 

Są pisarze, którzy całe życie zdają się pisać jedną i tę samą książkę. W ramach kolejnych przybliżeń – wydają się osiągać optimum brzmienia swojego literackiego głosu. Takim pisarzem – przynajmniej gdy chodzi o prozę – wydaje się być Karol Maliszewski a kolejnym jego przybliżeniem do właściwego tonu wydaje się zbiór prozy „Sajgon” który właśnie ukazał się nakładem Biura Literackiego z Wrocławia. Głównym bohaterem Maliszewskiego, podobnie jak w jego poprzednich próbach prozy jest nie człowiek ale miasteczko i opowieść o nim, jego dziwactwach, wariactwach, ob jawieniach i zadławieniach. Narracja i jej język wydaje się wymykać narratorowi i żyć własnym życiem, przywdziewając rozliczne formy – od dziennikowych wstrzemięźliwych, reporterskich zapisków (ach niemal neoklasycznych!) po niepowstrzymane słowotoki, jakby prosto z baru mlecznego, piwiarni, ulicy, zasłyszane, zapisane. Tytułowy Sajgon to gorsza cześć miasteczka, pełna pijaków, elementów podejrzanych, socjalnych baraków, zasmarkanych dzieci z wszami we włosach, rejon gdzie nawet słońce rzadko zagląda. Sajgon mógłby nazywać się cieniem, szarą strefą, miastem podziemnym, odrzuconym, podzamczem. Zarazem opowieść o nim wydaje się być podobnie odrzuconym cieniem współczesnej prozy, dykcją odepchniętą. Nie tylko dlatego, że to dziwna narracja w której trudno wysnuć jednoznaczną intrygę, powiedzieć o kim o czym to książka, ale też dlatego, że język podmienia mówiące postaci i raz po raz wymywa już składający się do kupy świat, sens, sensik. Takiego świata nie ma, pozszywaj sobie sam czytelniku – zdaje się mówić starą prawdę narrator, zarazem nie ułatwiając zadania odbiorcy. Bo „Sajgon” to także dzikość języka, i dotkliwość świata; zdumienie, które każe przystanąć, zanotować, pomimo tego że Sajgon naokoło huczy. Może nawet się zachwycić. I niech nikt  nie da się nabrać na noworudzkość tej opowieści, ta Nowa Ruda o której pisze Karol Maliszewski pewnie gdzieś istnieje pomiędzy nim a światem, na szerokim międzypolu światów, czasów i zdarzeń. Jest i nie ma jej zarazem. I nie jest to żadna mała Ojczyzna dla żadnego z narratorów, raczej wielka bezdomność, która inaczej niż w eposie heroicznym - nie wypycha nikogo na zewnątrz w poszukiwaniu złotego runa czy czegoś w tym rodzaju. Raczej zachłannie zasysa, ściąga ku sobie jak czarna dziura. A co jest tam na dnie - zapyta czytelnik. Osobliwość i jeszcze  raz osobliwość, zdrzenie słowa z tym co niewsyłowione. Zatem może nie proza a poezja? Tak, to całkiem możliwe, bo Maliszewski jest przede wszystkim poetą. A ta proza, te recenzje, cóż mogą , cóż mogą proszę księdza.

 

 

 

2009-11-22 00:22:17 skomentuj (2)
TRZY RAZY S - NIEBAWEM NA STRONACH BIURA LITERACKIEGO
Niebawem na stronach Biura Lietrackiego rusza dyskusja pod szczytnie brzmiącym hasłem "Byc poetą dzisiaj" o tym co poezja ma robić, żeby trafiać, żeby byc czytaną i czy w rzeczy samej Nike dla Eugeniusza Tkaczyszyna Dyckiego cokolwiek w tej sprawie zmienia. W istocie nic, ale z samego zastanowienia się to i owo wyniknąc może, czego fragment poniżej:

W pierwszych słowach mojego listu pragnę zaznaczyć, że nie bardzo wierzę w literaturę żyjącą z samego prestiżu bycia nagradzaną. Dlatego nagroda NIKE dla Eugeniusza Tkaczyszyna - Dyckiego w moim odczuciu niewiele zmienia w sytuacjipoezji, chociaż pewnie wiele zmienia w recepcji poezji samego Dyckiego i wiele zmienia w życiu samego autora. Zarazem wydaje mi się i nieśmiało to głoszę, że literatura musi być czytana, publikowana, dyskutowana. Tymczasem fakt przyznania znaczącej nagrody oryginalnemu twórcy bardzo często wytrąca go z normalnego obiegu, ustawia poza dyskusją, przesuwa recepcję jego twórczości w stronę słowa objawionego. To niewątpliwie jedne z licznych a nie wyrżniętych resztek etosu poezji o proweniencji romantycznej. Dla autora to może zbawienne, że literaturę może z szafy na różne hobby - gdzie być może literatura sąsiaduje z takimi aktywnościami jak „wędkarstwo”, „sklejanie modeli samolotów z drugiej wojny światowej” przenieść do szufladki – „zajęcia poważne”. Bo praca w języku jest zajęciem poważnym - z całym szacunkiem dla wędkarzy oraz  modelarzy.Niezupełnie też się zgadzam z zawartą w zagajeniu dyskusji insynuacją, że instytucje zajmujące się promowaniem literatury stawiają głównie na prozę. Po pierwsze ileż to tych instytucji jest w Polsce. Po drugie – nawet zakładając, że każdy powiat i gmina jest powołana (no bo teoretycznie jest) do krzewienia i dbania o stan kultury (w tym literatury)  na swoim terenie - ne za bardzo wiem na jakim argumencie, obserwacji, na jakich danych taki sąd miałby się opierać.  Toż jak Polska długa i szeroka konkursy ogłasza się najczęściej dla poetów i poetek. Dla prozaików i prozaiczek konkursy organizuje się rzadko i niechętnie. Być może dlatego, że publiczne wysłuchanie nagrodzonego wiersza to zaledwie kilka chwil mąk wyższego rzędu, podczas gdy opowiadanie potrafi się ciągnąć i czasu nie wystarczy na poczęstunek.  Gdy mówimy o konkursach - mowa  jest jednak  najczęściej o promocjo dla amatorów. A co mają zrobić twórcy po pierwszej niszowej publikacji? Organizowanie  konkursów słuszne jest i zbawienne, ale nie zastępuje czytelnictwa – a to zasię leży jak Polska długa i szeroka. Z drugiej strony w tym poszarpanym świecie poucinanych momentalnych obrazków i fragmentaryzacji opowieści – proza sprzedaje się nieźle, zatem nie zawsze i nie wszędzie potrzebuje wsparcia publicznego. Być może dlatego, że ludzkość potrzebuje podświadomie jakichś opowieści, które coś skleją w całość. To temat na osobną dyskusję. Oczywiście jak w przypadku każdej dziedziny art&entertainment są takie zjawiska które świetnie sobie radzą same i takie które bez hojnego mecenatu – publicznego lub prywatnego - nie dadzą sobie rady a mimo to uznaje się że tez powinny istnieć. Tyle, że kwestia rozeznania co jest czym - to problem w ogóle kultury w tym kraju a nie szczególny przypadek poezji.  Niezależnie od tych wstępnych uwag - pozostaje pytanie-dzwon o to jakich dróg i ścieżek ku odbiorcy ma szukać poezja, jako sztuka relatywnie trudna w odbiorze. Wydaje mi się, że takich sposobów jest kilka, aczkolwiek nie są one wcale nowe.  Na użytek niniejszej wymiany zdań spróbowałem je sformułować w miarę pozytywnie pod postacią trzech „S”. Po pierwsze „S” jak Strzecha. Ne ma lepszej drogi ucierania się poezji z jej odbiorcą jak bezpośrednie spotkania, konfrontacje, rozmowy o niej, z nią i poprzez nią. To tam w odległych opłotkach, na salach bibliotek miejskich i wiejskich – rzekomo niezrozumiała, odległa od życia, hermetyczna poezja przeczytana na głos, ogrzana wartością dodaną – osobą autora, wzbogacona o glossę, ton głosu – może szukać zrozumienia. Gdy odbiorca nader często nie ma jak trafić na poezję, z którą mógłby się (być może) dogadać –poezja powinna jego szukać i podążać za nim, złazić czytelnicze ścieżki, szukać czytelnika pod strzechą. Nie w sensie artystycznym, tutaj dopuszczalne są wzajemne wystawienia się na trudne próby, ale w sensie dosłownym. Poezja, poeci, poetki mają być w ruchu. Zbyt wiele wyrosło wysp wykluczenia z obiegu literackiego na mapie Polski. Żaden obdarzony milionowym budżetem festiwal imienia Kogoś Bardzo Ważnego odbywany w jednym z kilkunastu centrów akademickich w kraju nie zastąpi kilkuset a może i kilku tysięcy spotkań w niewielkich miejscowościach, czasami ledwie kilka kilometrów w bok od szosy głównej a czasem wręcz w miejscach leżących na głównej trasie ale mijanych, przejeżdżanych. Takim działaniem w ostatnich latach był organizowany przez Instytut Książki Festiwal 4 Pory Książki, który pomimo głosów krytycznych – czynił zadość postulatowi ruchliwości i dostępności. Dość wspomnieć, że jego kolejne edycje odbywały się w kilkudziesięciu miastach na raz. Literatura i literaci kilka razy w roku wędrowali po całym kraju a na tych trasach wędrówek równouprawniona była Warszawa z Nową Rudą a Wołów z Krakowem. Ten festiwal wytwarzał miejscowe koalicje na rzecz literatury, pomagał kreować i stabilizować grupy zadaniowe, dawał zapaleńcom możność policzenia się, odkrycia swojego współwystępowania na niewielkiej przestrzeni miasta, miasteczka – do tej pory wydawałoby się skrajnie aliterackiego. Przy czym co ważne – projekt Instytutu Książki wyraźnie premiował miejscowe, oddolne koalicje animatorskie, pozbawiony był cech objazdowego niemego kina, które przyjedzie i pokaże prowincjonałom czym kultura jest. Nic z tego paternalizmu! To lokalni liderzy i organizatorzy określali co chcą zrobić i w jakiej formie a donator po spełnieniu minimalnych wymogów formalnych – zezwalał na dużą dozę swobody w kształtowaniu programu, zgodnie z lokalnymi potrzebami i oczekiwaniami. Pod tym względem ten festiwal wydaje mi się czymś unikalnym i wartym naśladowania, czymś skrajnie innym niż popularne jeszcze do niedawna spędy środowiska czy imprezy od wielkiego dzwonu typu Festiwali Imienia Bardzo Ważnych Osób.

CDN na stronach BL niebawem

2009-11-16 13:28:39 skomentuj (5)
ZE STOSU MEMÓW - PATRZ NAJBLIŻSZY NUMER ODRY

W najbliższej "Odrze" - 5 mem ze stosu memów i zabobonów literatury polskiej - mianowicie ten, który mówi o iluzoryczności kariery literackiej oraz względności nagród odczesnych. A leci on między innymi tak:

Zacznijmy od memu kariery literackiej w wersji immanentnej, czyli memu działającego od wewnątrz tak zwanego środowiska literackiego. Wszyscy literaci chcieliby zapewne móc żyć z pisania jako takiego; żyć tak, żeby nie zajmować się niczym innym jak tylko przeżywaniem i pisaniem; chcieliby unikać etatyzmu mordującego wrażliwość, trosk materialnych. Wstawać wtedy, kiedy się chce i pracować tylko wtedy, kiedy się ma po temu natchnienie (kolejne resztki niedorżniętego etosu romantycznego) - no pewnie, tak to każdy by chciał a świat jakże byłby piękny. Kolejarz przestawiałby zwrotnice, wtedy gdy wschód słońca zachwyciłby go do głębi, policjant ruszałby na interwencję tylko wówczas gdy doznałby olśnienia zaś kontroler lotu tylko wówczas naprowadzałby na lotnisko bezpiecznie samoloty, gdyby uznał, że spełnia się w ten sposób duchowo i realizuje pełnię swojej potencjalności. Że podobny sposób funkcjonowania jest opowieścią z krainy groteski  to dostrzeże chyba każdy, kto odrzuci na moment zabobonną wiarę pozbawioną krytycznego namysłu nad przedmiotem wiary. Niezależnie od tego, co się sądzi o profesji literata (profesja to czy powołanie w końcu?) - trudno chyba w danej epoce i społeczeństwie wymienić więcej niż kilku literatów żyjących z pisania per se. Kto dzisiaj żyje z pisania w Polsce? Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, Jacek Dukaj? A co by było gdyby nikt nie organizował spotkań autorskich płatnych z góry a jedynie musieliby wymienieni żyć wyłącznie ze sprzedanych książek? Nie wyśmiewam, nie ironizuję, nie płaczę. Taka sytuacja wydaje się trwać od wieków. To rzecz widzialna i narzucająca się w doświadczeniu potocznym, wspierana wiedzą historyczną (kto wie ile sprzedał Adam Mickiewicz egzemplarzy swojego tomiku?). A jednak jakoś trudno ludowi piszącemu zaakceptować, że mało który literat żyje z pisania a jeżeli próbuje, to bywa równoznaczne z tym, że decyduje się na skrajne ubóstwo i skazuje na ubóstwo także swoją rodzinę o ile ma szczęście ją założyć. Kobiety bowiem są mądre i wiedzą oraz widzą czym pachnie dłuższa znajomość z literatem, który chciałby żyć z pisania. I pomimo tego, że sytuacja ta trwa jako się rzekło wieki całe – nadal wyrastają zastępy młodych, a potem coraz starszych, piszących marzących o tym by żyć z pisania, czyli z tego co się kocha, lubi, uwielbia i czym się samego siebie uwodzi. Sporo mówił (pośrednio) o tej sytuacji piszącego w jednym z  ostatnich wywiadów Jacek Podsiadło[1], który jak już  wiadomo nader często żyje na cebuli od Dobromira Kożucha, oszczędności żony, bo praca na etacie się nie zhańbi a wszyscy inni którzy to robią – to korbiarze, którzy dają się poniżać jak on, jeden, czysty niczym łza (uwaga „eł” przedniojęzykowe!) – nigdy się nie da. Coś zdaje się wybąkał na ten temat Michał Witkowski[2] usprawiedliwiając niejako w jednym ze swoich felietonów swoje celebryckie wybryki jako konieczny dodatek do słabych honorariów. Skromniejsi w potrzebach od Witkowskiego, którzy nie mają co gwiazdorzyć bo i tak ich nikt nie zna - szczęśliwi są jeżeli znajda posadę koło słowa. Popularne zawody okołoliterackie to wykładowca (najczęściej polonistyki a jakże!), dziennikarz, nauczyciel gminny, instruktor w gminnym lub miejskim ośrodku kultury, korektor, księgarz, bibliotekarz. Istnieje też szansa pozostawania blisko literatury dzięki wykonywaniu zajęć nieskomplikowanych (monter na taśmie wykonującej podzespoły sprzętu elektronicznego), nieangażujących intelektualnie i energetycznie (stróż nocny, dzienny, ochroniarz, pomocnik murarza) lub w zawodach wolnych pozostawiających wąski margines na działalność własną (prawnik, kierowca, agent ubezpieczeniowy). W głębokim cieniu pozostaje cała reszta towarzystwa, która z trudem walczy o utrzymanie się na powierzchni wykonując normalne prace, w normalnym czasie pracy. Wszyscy oni i one zaś rozdzielają między siebie niewielki torcik zleceń takich jak pisywanie płatnych recenzji, prowadzenie warsztatów, spotkań autorskich, moderowanie dyskusji. Słowem – gdybym miał komuś polecić jako dobry sposób na zrobienie kariery literaturę i motyw zdobywania prestiżu (w społeczeństwie gdzie 62% ludzi nie czyta nic w ciągu roku) lub pieniędzy (gdy najwyższa nagroda literacka jest równowartością 20 metrów kwadratowych mieszkania w bloku na Ursynowie) – doradziłbym raczej założenie zakładu produkującego nagrobki. Interes pewny bo ludzie umierać będą zawsze.
CDN w grudniowym numerze "Odry"

[1] „Gazeta Wyborcza”, 12 kwietnia 2009, dostępne w Internecie: http://wyborcza.pl/1,75480,6488113,Lodowka_odpowiada_echem.html

 

[2] „Polityka” 42/2009


2009-11-16 01:38:53 skomentuj (5)
MATERIAŁY POMOCNICZE DO OBCHODZENIA ROCZNIC. KOLEJNA ODSŁONA



Płyta firmowana przez Karima Matusiewicza oraz kilkunastu innych polskich wykonawców a zatytułowana „Herbert” ukazała się jakby na złość rok po roku herbertowskim i niby nie mieści się w nurcie estetycznym materiałów pomocniczych do obchodzenia rocznic, a jednak coś w ten zbiorówce nie urzeka i każe myśleć jak o konfekcji. Nie powtarza się wprawdzie coraz biedniej z tej perspektywy wyglądający „Gajcy” (patrz poniżej), gdzie wprawdzie poprawnie ale jakoś bez ikry wykonano kilkanaście przypadkowych wierszy do kilkunastu przypadkowych melodii. Tutaj jest znamię odautorskiej myśli, chociaż zaproszeni wykonawcy chyba pociągnęli projekt, każdy w swoją stronę i wyszło jakoś gładko i miejscami bez wyrazu. Zresztą w ogóle mnie nie przekonują próby rytmizacji Herberta i legnie na tym Gintrowski, legnie na tym każdy kolejny. Jedyne co mnie przekonywało niegdyś to Herbert z muzyką Radwana, ale potem długo nic a nie wiem czy dzisiaj nadal by mi się podobało. Wraz z  Karimski Club zagrałli między innymi – Muniek Staszczyk, Jan Nowicki, Adam Nowak, Wojtek Waglewski, Sebastian Karpiel-Bułecka, Gaba Kulka i tak dalej. Zupełnie nie przekonuje mnie z tego składu Rafał Mohr, który kładzie recytacyjnie „Dwie krople” robiąc z nich jakąś tanią, orgiastyczną pościelówę. Nie wiem czy rozwiązaniem jest biegunowo przeciwstawna akademia i zadęcie ale mimo erotycznego podtekstu, chyba irytuje mnie takie obejście się z tekstem w którym płoną lasy. Nieźle wypada Muniek Staszczyk, któremu herbertowska kołatka pasuje do rockowego wokalu, suchość brzmienia nie przeszkadza. Bardzo dobrze wypada, o dziwo, zajechane do granic możliwości „Przesłanie Pana Cogito” szczególnie we fragmencie wyrapowanym przez Antara Jacksona. Zresztą te momenty, które uwodzą, to owo rozgdakanie się wiersza w różnych językach – po rosyjsku, po hiszpańsku, po angielsku. To bardzo dobry pomysł, w jakimś stopniu czyni znane nieznanym, trudne, ciężkie, obciążone już pretensjonalnym kontekstem – bezpretensjonalnym.

Dlaczego jednak nie pokroję się za tę płytę? Czy za okrągła muzycznie? Za gładka? Za łatwo wchodzi? Czy za bardzo nie SA to po prostu piosenki do Herberta? Coś z tego. I mimo tego, że artystycznie złego słowa nie da się powiedzieć, to brakuje mi miejscami wyrazistości. Ta płyta za bardzo brzęczy w uchu, przepływa grzecznie i spokojnie, przewidywalnie (chociaż zestaw tekstów nie jest przewidywalny!). Układnie jak chłopięcy uśmiech Macieja Stuhra. A co ja zrobię, że nie lubię uśmiechu Macieja Stuhra a jego humor mi nie odpowiada a i wielkość mniemana jedynie.

Ach i jeszcze jedno. Na albumie mozna usłyzeć samegoHerberta. To nagranie dokonane było przez PR Kraków w ostatnich miesiącach o ile nie tygodniach przed śmiercią Poety a wyszło jako kaseta i płyta już po śmierci. I chyba to było jedno z tych niezapomnianych wykonań wierszy Herberta, jakby wbrew potocznemu memowi, zabobonowi, gładkiemu zdanku powtarzanemu jak wiele innych pierdoletów, że poeci nie powinni czytać swoich wierszy. Otóż szczególnie chyba w zderzeniu z gładziami szpachlowymi Karimski Club słychać, że powinni, bo to także jeden z lepszych fragmentów tego albumu - Herbert sam w sobie. Tego albumu i nie tego zarazem, bo przecież to płyta w płycie. Tamta płyta, taśma - prosi się o reedycję. Ten tłumony charkot na granicy wieczności - tego nikt mi nie opowie lepiej niż sam Herbert.



Tymczasem komuś udało się rocznicowo zrobić rzecz wiarygodną, obdarzoną niepodległością gestu. Oto L.U.C. o którym Jurod nie słyszał do tej pory – a powinien, bo dorobek człowieka budzi szacunek. Inna sprawa, że L.U.C. obracał się w zupełnie innych rejonach, rejestrach. Łukasz Rostkowski - bo to on sie kryje pod pseudonimem L.U.C. - z tego co zrozumiałem, stworzył  audio-projekt "39/89 Zrozumieć Polskę" jako etap w realizacji widowiska i filmu wykorzystującego najnowsze techniki i motywy zabawy z soundem. Sam pomysł narracyjny, bliski końcowej refleksji Tomasza Łubieńskiego z jego eseju „1939 zaczęło się we wrześniu”, wydaje się bardzo celny. Może nie nowy, ale uzmysławia ciągłość procesu, który rozpoczął się w maju 1939 a zakończył w  czerwcu 1989. Projekt L.U.C.-a zaczyna się od utworu „Polski Honor” w który wplecione zostały fragmenty mowy sejmowej Józefa Becka z 5 maja 1939 roku. Z jednej strony entuzjazm tamtej sali sejmowej a w tle lamentacyjne zawodzenie kogoś, kto już wie ile z tego honoru zostanie. I tak poprzez niezliczone zbrodnie, absurdy, pogłosy, spiętrzone pogłosy - aż do momentu kiedy insygnia władzy wracają na odbudowany zamek Królewski w Warszawie i trafiają do rak pierwszego demokratycznego prezydenta R.P. po 1939, czyli Wałęsy Lecha. Ma L.U.C. chyba małą wtopę, bo w utworze „Tribute to Stefan Starzyński” wykorzystuje wiersz z Powstania Warszawskiego „Żądamy amunicji”. Nie do końca wiadomo dlaczego on akurat tutaj potrzebny skoro prosiłoby się o ten fragment przemówienia Starzyńskiego:

"Chciałem, by Warszawa była wielka.
Wierzyłem, że wielką będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości.
I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczano. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto lat, lecz dziś widzę wielką Warszawę.
Gdy teraz do Was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę.
I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce, gruzy leżą, choć tam gdzie miały być parki, dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale - nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i sławy."
 

No ale to jedna wtopka. A słychać w tym projekcie poza tym godziny tytanicznej roboty archiwistycznej. I mimo, że nowe brzmienia , bliskie transom i techno (wiem-nie wiem-nie znam się na tym) to nie moja bajka – doceniam aranżacyjny rozmach i kunszt. Bo to jest kunszt proszę Państwa. Intuicja dźwiękowa i talent narracyjny tyle, że nie wyraża się w języku literatury. W każdym razie nie tylko w języku literatury. To coś, leży na pograniczu sztuk.  Budzi ufność prostota opowieści, może nawet naiwność, oscylowanie na granicy patosu - ale w tym chyba tkwi siła tego albumu, nagranego przez chłopaka rocznik 1981, który pisze  w słowie od siebie:

„Musimy pamiętać nie po to by nienawidzić Rosjan czy Niemców, lecz by poprzez historię uczyć się lepiej decydować o przyszłości , a także by docenić ten piękny bajzel, w którym przyszło nam żyć”.

No nic dodać nic ująć a realizacja dźwiękowa naprawdę wysokiej próby. Bez złudzeń, bez politykierskiego zadęcia, po prostu. Jakby z Lao Che się facet urwał.

 

I wreszcie na koniec sprawa która jak dla mnie ociera się o wybitność, chociaż jakby dla kontrastu pełna brzmieniowej surowości – De Press i album „Myśmy Rebelianci” czyli program oparty na piosenkach partyzantów podziemia antykomunistycznego 1944-1953, w podtytule „piosenki żołnierzy wyklętych”. Teksty literacko nie są wybitne, bo nie mogą być, przecież to leśne piosenki „ludzi spalonych bez domu”. Muzycznie Andrzej Dziubek pozostaje wierny swoim postpunkowym  z jednej strony a zdrugiej góralskim korzeniom. I do tego wiadomo, że to piosenki wojny domowej, okrutnej, brudnej, bo inna wojna domowa nigdy nie jest – a jednak w tym połączeniu punka i partyzantki wyklętych tkwi uwodzicielska siła. „Anarchy In the R.P.” mogłoby się to nazywać. Muzyka o anarchistycznych korzeniach, wzywająca do obalenia każdego systemu a z drugiej echo żołnierzy walczących jak Funky Koval – sami przeciw wszystkim. Proste, szorstkie brzmienia, proste melodie i takie teksty. Aż się ciśnie na usta, że dzisiaj partyzant grałby hardcore. Dobrze wypadają kolejne melodyjne utwory, począwszy od "Czerwonej Zarazy" w której refrenie robi się prawdziwa hardkorowa karuzela, świetnie wypadaja przebojowe niemal - "Szesnastka", "Niech się Pani za mnie pomodli", "Trudny czas", "Patrol", dobrze brzmi ciężka  jakby nu-metalowa "Piosenka ludzi bez domu" i dwa razy nawracające jakby motto "Bij Bolszewika" w różnych wersjach. Aż ręka broni szuka - jakby powiedział przyjaciel.
Kończy  płytę – uwaga – kawałek do słów  wiersza Zbigniewa Herberta – „Wilki” i brzmi to chyba najlepiej ze wszystkich znanych mi zagranych i zaśpiewanych kawałków Herberta. Stoi za tym charczący fender, podpięty pewnie do Marshalla robiący  ścianę dźwięków jak ze germańskiego metalu. I to jakby ironiczne jest, bo w projekcie Karima i Karimski Club pojawia się wiersz „Pan Cogito a Pop” a w nim znamienne zdanie:

„sama idea owszem pociągająca być bogiem to znaczy ciskać gromy […]Kłopot polega na tym Ze krzyk wymyka się formie”
I zdziwienie, że głądki pop gorzej przyjmuje słowo Herberta niż dziarskie gitarowe frazowanie DePress. Właśnie dlatego być może że postpunk Dziubka bliski jest krzyku, bliski jazgotu i zarazem zbliża się do tego co wymyka się formie, losu tych, którzy stawali w szesnastu, pięciu, czternastu – przeciwko całemu światu. I być może dlatego – Dziubkowi paradoksalnie udaje się to, co wydaje się wymykać innym. To, co na granicy krzyku i wrzasku (jakby z okrzyku szturmowego, wrzawy bitewnej) znajduje właściwą formę w prostych riffach i aranżu ograniczonym do klasycznego zestawu brzmieniowego rockowego zespołu – gitara, ciężki, nisko nastrojony bas, perkusja i góralski wokal. Tak, stawiam na Dziubka.

 


2009-11-08 02:43:11 skomentuj (1)
MATERIAŁY POMOCNICZE OBCHODZENIA ROCZNIC. JESCZE RAZ.


Monumentalne dzieło Apoloniusza Zawilskiego „Bitwy Polskiego Września” pięknie reedytowane w jednym tomie właśnie przez wydawnictwo „Znak” to propozycja wymagająca, ale w zasadzie obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje kampania polska 1939 roku. To dzieło skupiające się głównie na anatomii poszczególnych bojów, bitew i potyczek w czym wyraźnie odróżnia się od innych opracowań tego typu, próbujących (jak np. prace Tadeusza Jurgi czy Leszka Moczulskiego) dać szersze tło. Autor dedykuje je „żołnierzom września” i pozostaje tej dedykacji wierny do końca, dyplomaci są obecni jako tło właściwych zmagań. Bo to nie jest książka o dyplomatycznych podchodach ale walce na żelazo i krew. Podobno 1 września Józef Beck miał powiedzieć „Dyplomacja zrobiła wszystko, niech teraz armia pokaże co potrafi” wyraźnie zaznaczając koniec etapu dyplomatycznych gier. W tym miejscu zaczyna się fresk Zawilskiego, w którym głównym bohaterem jest polski żołnierz. Monumentalność tego dzieła rozbijają oparte na relacjach dialogi, rozmowy i liczne fabularyzacje co – obok czytelnych map (jest ich blisko 70!) oraz bogatego materiału ilustracyjnego – czyni tok narracji przejrzystym i potoczystym. Zawilski wylicza, że w kampanii wrześniowej stoczono 700 większych potyczek i bitew a w książce opisuje zaledwie kilkadziesiąt jego zdaniem najistotniejszych. Nie opisuje też tej jednej, najważniejszej bitwy, w nadziei na którą, żołnierze września toczyli swój nierówny bój. Tej, która nie rozgorzała na Zachodzie, nad Renem i Mozelą. Bowiem – i takie jest stanowisko Zawilskiego – wszystkie te bitwy polskiego września były wielkim działaniem wiążącym, odciążającym gestem Winkelrieda wystawiające pierś na groty wrażej przewagi. Winkelried spełnił swoją rolę. Spełnił ją dobrze. I o tym w detalu i w ogóle przejmująco pisze Zawilski.


 

Wśród licznych materiałów pomocniczych do obchodzenia rocznic dość skromnie promowany, przemyka gdzieś bokiem kolejny esej wątpiący Tomasza Łubieńskiego „1939 zaczęło się we wrześniu”. Warto zwrócić na tę książkę uwagę, bowiem w tonacji i argumentacji odbiega ona od dość monotonnych, popularnych opowieści o dzielności i koniecznej nieugiętości,  a ośmiela się zadać pytanie bardziej podstawowe. Pytanie o to, czy w ogóle rozumnym było i koniecznym samotne przeciwstawienie się Polski całej potędze Wehrmachtu i ZSRR (po 17 września). Jak zawsze u Łubieńskiego chodzi bardziej o postawienie problemu, niż udzielanie z góry jednoznacznej odpowiedzi. Przy tym posługując się podręcznymi notatkami – w tym zapiskami swoich antenatów pracujących w przedwojennej dyplomacji II RP – Łubieński kreśli niejednoznaczny i trochę zgryźliwy portret ówczesnego polskiego korpusu dyplomatycznego (czy w ogóle  elity politycznej), w którego rekach była przyszłość Polski po 1936 roku. Polemizuje z jednej strony z Leszkiem Moczulskim (bo skoro było tak świetnie to dlaczego przegraliśmy?) ale z drugiej strony poddaje w wątpliwość proste jak drut konkluzje śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza o tym, że jedynym i do tego sensownym wyjściem dla Polski w 1939 było pójść z Hitlerem na Moskwę. Największa wartość propozycji Łubieńskiego zasadza się właśnie na odrzuceniu sądów a'priori i żywej próbie namysłu nad  ówczesnymi globalnymi możliwościami wybrnięcia z sytuacji. A tych, nazbyt prostych i narzucających się rozwiązań – chyba było niewiele zaś ponure ówczesnych wyborów konsekwencje ponosimy wszyscy do dzisiaj. A w zasadzie ponosiliśmy. Tomasz Łubieński wskazuje wyraźnie, że jego zdaniem to co zaczęło się we wrześniu 1939 ostatecznie zakończyło się w roku 1989, wyjściem Polski z cienia. Co zaś do odpowiedzi na odwieczne pytanie – „bić się czy nie bić” – Łubieński nie unika odpowiedzi, ale jak brzmi i jakimi jest obwarowana dodatkowymi założeniami – tego zdradzać nie wypada. Wypada przeczytać.
Te liczne zalety ksiązki Pana Tomasza psują zupełnie niepotrzebne błędy rzeczowe, na co eseista ma prawo sobie pozwolić, ale wydawca i redaktor powinien skorygować. No bo kiedy pisze Łubieński o grobach w Laskach pod Warszawą i wspomina 29 pułk piechoty z Kaniowa z 21 dywizji piechoty, no to ja pytam co Łubieński widział za groby i czy naprawde je widział. U Zawilskiego można sprawdzić, że 21 dywizja piechoty pod generałem Kustroniem składała się z pułków 3 bielskiego, 4  cieszyńskiego i 202 rezerwowego a że była to dywizja górska to jej szlak bojowy zaczynał się w Beskidach a kończył pod Tomaszowem Lubelskim, 400 kilometrów od Lasek. 29 pułk był w rzeczy samej pod Laskami, ale był to pułk kaliski. Niby drobny błąd, ale takich kwiatków jest kilka w książeczce niewielkiej objętości. Autorowi wolno postepować z pewną dezynwolturą, ale ja się pytam gdzie jest wydawca i redaktor?! Trochę obciach dla wydawcy.


Dzisiaj także zaduszkowe czytania Radka Kirschbauma


2009-11-01 21:56:27 skomentuj (0)
POWRÓT


ULTIMA THULE
Prowadziły mnie jeże, najlepsi męczennicy tej wyspy

oddający życie za nic, konający na asfalcie, roztrącani

nozdrzami psów i kotów. Ze srebrnej baszty ujrzałem,

że to kres. Nie da się uwierzyć, że dalej cokolwiek istnieje

poza kamienną nastawnią wiatrów i stacją obsługi fal.

Właśnie słychać jak wystawiają na tory północny sztorm.
I komunikat na krótkich: Czekamy na Ciebie. Odpowiadam
sobie resztę tej historii: to jest koniec rycerzu, dotąd mogłeś

zawrócić, dalej wszystko będzie osobno. Ręce, nogi, szepty,
cienie.
Zamykam list i oddaję wodzie. Na widnokręgu

nie widać wyraźnej linii rozgraniczenia. Statek osuwa się
za próg. Długo czekam na dźwięk spadającej z nieskończonej
wysokości stali. Bez potwierdzenia, bez odbioru.  Over.

 


2009-10-17 13:08:26 skomentuj (0)